29 lutego 2012

Słodki dzień, którego nie ma

Fajny jest 29. luty, bo ma się poczucie, że coś nam w końcu podarowano za darmo. Choć gdyby nie on, mielibyśmy w tym roku fajniejsze długie weekendy. Ale ćśśśśśś.

Ten dodatkowy dzień to idealny moment na podarowanie komuś cuksów. Takie dwa podarunki w pakiecie.

Dziś bez zdjęć losowania. Miska-konik jest zmęczona i chce odpocząć od sławy. A moje paznokcie mają pozdzierany lakier i liczne złamania. Musicie mi uwierzyć na słowo, że wygrała:


Trojanda

Gratuluję zwyciężczyni i czekam na dane do wysyłki.

A dla przypomnienia, wygrana wygląda tak:

26 lutego 2012

Kolorowe odmóżdżanie

Robię się coraz większą meteopatką. Ostatnie dni po prostu dociskały mnie do ziemi, łeb pękał i głównie spałam. Nie było mowy o nadrabianiu zaległości służbowych, chyba dziś będę musiała się za to wziąć. Ale postanowiłam poprawić sobie samopoczucie w moim ulubionym ostatnio sklepie Tiger. Ja wiem, że to się nazywa zakupoholizm, że nie powinno się chodzić do sklepu na poprawę humoru. Ale jakoś innej metody nie znalazłam. Wyszłam z siatą fantastycznych dupereli, które z pewnością będą w najbliższym czasie pojawiać się na wszystkich skrapiszczach. Ale największe rozluźnienie zwojów mózgowych zapewniła mi duża gumka do ścierania w kształcie hipopotama. Różówego hipopotama. Do mojego różowego zoo złożonego z jelenia i jeżyka dołączył kolejny mieszkaniec. Tenże hipek w wersji kilkukrotnie powiększonej pojawił się też na reklamówce, którą musiałam nabyć. Ale warto było, bo wielki różowy stwór rozwiązał mój ostatni liftowy problem.
Matkapolkarzeźbi zaproponowała nam jako inspirację pracę Wolfann. Fantastyczny kolaż, ale jak go zliftować? Wybrałam luźne podejście, kopnęłam kompozycję na bok i zrobiłam coś głupkowatego, co poprawia mi nastrój. Bo czy wielki, różowy hipopotam może go nie poprawiać?


Straszną frajdę sprawiło mi użycie tak małej liczby gotowych elementów.
A to już mój nowy przyjaciel w całej okazałości:

25 lutego 2012

Szkiełko i oko

Nie wiem co takiego jest w luty, że niemal na wszystkich blogach jest przestój. U mnie luty wiąże się z jakimś niewyobrażalnym natłokiem zleceń. Ja tam nie narzekam. Ale na wyklejanie czasu ostatnio nie było. W końcu wczoraj trafił mi się jakiś średni dzień z dołem, denną pogodą i kompletnym brakiem weny do pisania. Więc wzięłam się za coś innego.
Innym powodem, dla którego ostatnio nic nie powstaje, jest brak inspirujących zdjęć. Bo w tę pogodę cóż ja mogę fotografować? W nocy miałam ciekawy obiekt, bo jakiś dresiarz postanowił stać na parapecie, drzeć ryja na policję, rzucać ciężkimi przedmiotami w samochody i podpalać wszystko co miał pod ręką. Przy okazji ukazał się mym oczom bezwład naszych służb. Przez pięć albo i siedem godzin z jednej strony stali policjanci, z drugiej straż pożarna i stali, stali, stali. Gapili się, stali. A szczęśliwiec, który zaparkował pod oknem dresiarza patrzył w bólach, jak na jego wypucowane auto leci stołek, garnek i inne rzeczy, które wpadły chłopcu w ręce.
No ale takie atrakcje to w nocy i po ciemku, więc mój reporterski dryg musiał ustąpić możliwościom.

A reporterski dryg trafił w końcu na zapodanego przez worqshop lifta mumkowej pracy. Nie miałam niestety ładniejszego zdjęcia z aparatem, na tym mam minę przypominającą tego dresiarza z bloku na przeciwko. Ale co robić. Mazanie farbą trochę mnie zrelaksowało, oby dziś wróciła wena do pisania.



18 lutego 2012

Pączek day

To był najbardziej szalony tłusty czwartek w moim życiu. Mam przywilej mieszkania blisko pączkarni uważanej za najlepszą w Warszawie (oczywiście zdania są podzielone, jak zawsze w przypadku 'najlepszości'). Nigdy jednak nie było mi dane tego sprawdzić i nie byłam w stanie stwierdzić, czy faktycznie ich pączki są takie wyborne. Pierwsze podejście zrobiłam rok temu. Akurat zbudziłam się bardzo rano i postanowiłam to wykorzystać. O 7.30 szłam już do cukierni, licząc, że będę ich pierwszym klientem. Zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze to, że pączkarnia była czynna od 9. Po drugie to, że czekało pod nią już około 100 osób. Darowałam sobie tę radość, poszłam po pączki do pierwszego z brzegu sklepu i jadłam je potem z obrzydzeniem. W tym roku postanowiłam być twarda i spróbować po raz kolejny. Rano popracowałam, zdobyłam potrzebne do tekstu materiały, uznałam że wyskoczę po pączki i skończę pracę po powrocie. Nie zraziła mnie kolejka, która otaczała kilka pobliskich kamienic. No bo co, przecież ludzie kupują kilka pączków, rach, ciach i do widzenia. Wyobrażałam sobie, że cukiernia ma już wszystko popakowane po 10 i po 20 sztuk, panuje ład i porządek, a stuosobowa kolejka będzie pędziła niczym rollercoaster. No i się zdziwiłam. Po godzinie już trochę się przesunęłam, ale nadal do drzwi sklepu pozostawały jeszcze spore połacie. Zaczęłam się wahać, czy jednak nie pójść w cholerę, bo to jednak trochę za długo trwa. Ale przecież szkoda tej zmarnowanej godziny, nie? Powiem tylko tyle - z zapakowanymi w szary papier i owiniętymi plastikowym sznurkiem pączusiami wyszłam dokładnie po sześciu godzinach od momentu zasilenia końca kolejki. Wiem, istnieje tylko jedno słowo, które może mnie w tej chwili opisać - zjeb. No ale co poradzić. Z jednej strony winna była niechęć do złożenia broni i poddania się. A z drugiej... ech ta atmosfera. Kolejki mają w sobie coś takiego, że wyzwalają w Polakach dawną otwartość, luz i cierpliwość. Na co dzień w windzie rzadko kto odpowiada na moje 'dzień dobry', a sztuka rozmowy w ogóle zarosła już pajęczynami. A pod pączkarnią? Każdy kolejny uczestnik boju o tłuste ciastka natychmiast włączał się do rozmów, zabaw, śmiechów, racjonalizatorskich pomysłów, wspólnych fotek i całego tego festynu, który zabieganym przechodniom wydawał się idiotyczną stratą czasu. I choć pewnie nie zechce mi się znów ustawiać w kolejce, w której na mrozie spędzę cały dzień, to wcale nie żałuję tego jednego dnia z życia. Hmmm... oby więcej kolejek?

Temat pączkowy musiał znaleźć swe ukoronowanie w skrapie. Tym razem na bazie proponowanej przez Tores pracy Moriony.




A tu kilka fotek z ogonka:






17 lutego 2012

Tymi rencyma

Rękodzieło pełną gębą odbyło się ostatnio. Co tam wyklejanki, co tam szycie ręczne. Po trzech latach posiadania własnego lokalu uznałam, że nie mogę żyć bez komody z szufladami. Wcześniej pewnie takiej potrzeby nie miałam, bo skrapowe gadżety nie wysypywały się z każdego kąta. Przyszła pora na męską decyzję i zakup komody. Oczywiście wiadomo gdzie, na świecie jest jeden sklep z meblami. Następnego dnia Luby poszedł do roboty, a ja zostałam z wielkim pudłem po środku pokoju. I z silnym pragnieniem posiadania komody. Toteż złożyłam ją sobie. Uwielbiam składać meble z Ikei. Czuję się jak stolarz niemal, choć tak naprawdę bawię się w układanie klocków. W tym meblowym upojeniu złożyłam też komodę u mojej mamy. Potem przez tydzień czułam się jak po siłowni, ale ile dumy. Komoda pomieściła skrapowe skarby, ale już jest w niej pierdzielnik. Brawo ja.
To wiekopomne wydarzenie wymagało skrapiszona. Nadarzyła się okazja wraz z zaproponowanym przez immacolę cudownej pracy Czekoczyny. Znowu pojedynek z gigantem. Ale chyba już kiedyś wspominałam, że wyzwania związane z Czeko nastrajają mnie psotnie. Stąd też lift wygląda właśnie tak:




Przynajmniej z wyborem papieru nie miałam tym razem żadnych kłopotów. A do tego dużo recyklingu: instrukcja dołączona do komody, gwoździe, tektura z pudła.

A sama komoda (lub raczej jej wierzch) prezentuje się tak:


14 lutego 2012

Miłość własna

Ulalala, pojechałam grubo. Tym razem to ja proponowałam pracę do liftowania i wybrałam urzekający pomysł Julie Comstock z bloga Cosmo Cricket. Tak się fajnie złożyło, że moja liftonoszkowa kolej przypadła na chwilę przed Walentynkami, a praca inspiracyjna jest wręcz idealna na ten moment. Ale o kartce za chwilę, najpierw LOsik. Też miłosny. Miłość własna w ociekającym narcyzmem wydaniu. A co!


A do kompletu trochę miłości dla Lubego:


Kartka trafiła dziś do koperty i potajemnie wpadła do torebki śniadaniowej. Mam nadzieję, że Luby w ogóle ją znajdzie. I że będzie to zanim kartkę zaleje oliwa z sałatki.

PS. I jeszcze chwila samouwielbienia. Mój wakacyjny obrazeczek wygrał w tym miesiącu bon na papiery ILS.
Oklaski, ukłony, kurtyna.

10 lutego 2012

Szwalnia

Nie mam maszyny do szycia, no co poradzę. Zresztą nawet, gdybym miała, nie potrafiłabym zrobić z niej użytku. Mama uczyła mnie setki razy nawlekania igły w maszynie i nigdy nie udało mi się tego opanować. Maszyna najwyraźniej nie jest dla mnie.
A tymczasem u Liftonoszek ciągle cudowne poprzeszywane prace. Moje, bez śladu nici, wydają się zawsze jakieś niedorobione. Dlatego, gdy Lily podała do liftowania wesołą pracę Nulki, stwierdziłam, że bez szycia się nie obejdzie. Igła poszła w łapę i dźgała nieszczęsny papier przez chwil kilka. Niezły to sposób, bo daje możliwości robienia kontrolowanego bałaganu. Można sobie zawiązać supełek, zrobić pętelkę, łatwo zboczyć ściegiem z prostej linii. Zdecydowanie zaprzyjaźniłam się z szyciem na papierze.
A sam skrap trafi do podróżnego albumu oczywiście.





Cieszę się, że w końcu ogarnęłam ten lift, bo on tylko pozostał mi do zamknięcia pierwszej liftonoszkowej edycji. Właśnie zaczęła się kolejna i to mi przyszło ją otworzyć. Efekty wkrótce.


5 lutego 2012

O przedłużaniu urodzin

Czy ja pisałam, że urodziny mi się rozciągnęły? Jeszcze nie wiedziałam, że to nie koniec. W Londynie trwały kolejne dwa dni Pierwszego poszliśmy na brazyilijską ucztę, gdzie obżarliśmy się pyszności, opiliśmy caipirinhi, a ja zostałam obdarowana m.in. przecudownymi Babushcupsami. Ale gospodarzom było mało i następnego dnia zostałam jeszcze uraczona pysznym jarkowym tiramisu i piosenką. A to jeszcze nie było wszystko. Po przylocie zastałam w skrzynce awizo. Myślałam, że jakiś rachunek albo coś, co zamówiłam na eBayu i zapomniałam. Dlatego poszłam na pocztę po drodze do urzędu, z którego miałam odebrać dowód. Pani na poczcie już bez oglądania awiza wykrzykęła, że ma coś dla mnie. I już z daleka wiedziałam od kogo. Na wielkiej kopercie widniało charakterystyczne pismo Agi oraz mnóstwo gwiazdek. Z tymże pakunkiem i bananem totalnym na dziobie, wędrowałam przez miasto, siedziałam w urzędzie i nawet niemożność odebrania dowodu z powodu braku prądu, nie zbiło mnie z tropu. W domu banan jeszcze urósł i twarz zaczęła mi niemal pękać. Bo w kopercie nie dość, że śliczna kartka, to jeszcze papiery, ćwieki, spinacze, sznureczki, no wszystko, wszystko, wszystko.
A to było tak:

Od razu zachciało mi się działać i Agowe gwiazdeczki pojawiły się już na skrapie z divami. Cenkju, szaleńcu.

A teraz chwila urodzinowych wspominek z Wysp:








Caipirinha urodzinowa, amci amci

I urodzinowy kawał mięcha

 
A właściwie były dwa dni wcześniej

Kreacja na Erykę Badu

Polecam

Królestwo Jamiego Olivera

Mogłabym tu zamieszkać







Muszę to oskrapować






Jest czym się chwalić




Wystawy w Selfridżu jak zawsze niezastąpione













Taaaaa




Wieczór z Dirty Dancing był. Pełna kultura





A wiecie, że wczoraj były urodziny bloga? A kto z naaaaami, nie wypije... itp.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...