Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkanie. Pokaż wszystkie posty

2 stycznia 2013

OMG, to już!

Omatulu, ale się działo ostatnio! Dopiero się otrząsnęłam po sylwestrowych szaleństwach i czym prędzej nadaję. Przybywam ze scrapem przygotowanym na chwilę przed końcem roku. Wykleiłam go na ostatnie wyzwanie 12/12 na Art Piaskownicy w 2012 r. Motywem przewodnim był teledysk do "The Final Countdown". O dziwo w Sylwestra nie było mi dane tego hitu usłyszeć, ale pewnie wiele z Was miało z nim do czynienia. U mnie skojarzenia poszły w stronę kiczu, brokatu, neonów i oczywiście odliczania.




A skoro jest już 2013 r. i wszyscy podsumowują, to ja mogę w skrócie powiedzieć, że dumna jestem ze spełnienia wielu postanowień zeszłorocznych. Najprzyjemniejszym z nich było spełnione po wielokroć 'odwiedzenie miasta, w którym nigdy nie byłam'. Nie dość, że przejechaliśmy dużą część nieznanej nam Portugalii, to także Sylwestra spędziliśmy w nowej dla mnie lokalizacji. Gdy tylko uda mi się wybrać jakieś najmniej kompromitujące zdjęcia, to zdam relację.
Ubiegły rok upłynął też pod znakiem intensywnego rozwoju scrapowej pasji. W 2011 r. zrobiłam pewnie ze trzy LO i kilka kartek. Przez ostatnie 12 miesięcy tłukłam natomiast jak szalona. Dzięki przystąpieniu do Liftonoszek, weszłam na dobre w świat LOsów. Machnęłam ich ponad 90. Było też sześć albumów. Wciąż za mało, bo tona zdjęć czeka na oprawę, ale wkręciłam się w tę zabawę ogromnie. Kartek nie będę nawet liczyć, bo już sama końcówka roku przyniosła ich niemal 40. Z pewnością pomogły mi w tym dwa mobilizujące DT: Art Piaskownica i Scrapki.pl. Nowy rok witam z dziewczynami z tych dwóch świetnych zespołów oraz z DT Scrapperin, w którym wkrótce zacznie się dziać, oj zaaacznie. Nie mogę się też doczekać, by pochwalić się nowym, nieco szalonym projektem. Ale to jeszcze za chwilkę.
I wreszcie dopiero w 2012 r. udało mi się poznać na żywo laski znane i podziwiane w blogosferze. Poszłam z grubej rury i naprawdę zaliczyłam mnóstwo cudownych spotkań. Doszło do tego, że jeszcze w ostatnim dniu roku widziałam się z dwiema z Was, a z jedną chlałam szampana o północy i spędziłam pierwszy dzień 2013 r. 
Mam nadzieję, że kolejny rok spędzimy razem i że nie zanudzę Was swoim chrzanieniem. Wszystkim cierpliwym dziękuję przeogromnie za każdą wizytę.
A teraz zostawiam Was z zagadką (zdaje się, że będzie to łatwizna). Z kim udało mi się spotkać jeszcze na sam koniec 2012 r.?

Podpowiedź 1:

Podpowiedź 2:

 Buzi for all!

24 września 2012

Taki weekend, że łojezu

Jutro ten wyczekiwany dzień. Polecimy i wrócimy za dwa tygodnie. DWA! Ale był jeszcze jeden wyczekiwany od dawna dzień - miniony piątek. Jakiś czas temu, tak zupełnie od słowa do słowa wyszło, że nawiedzi mnie Agi. Ja coś tam proponowałam, ale liczyłam się z tym, że to nie wyjdzie. Ale wyszło! Agiś kupiła bilet, poinformowała rodzinę, że wyjeżdża i dała znać, bym szykowała kanapę. Radość ogarnęła mnie ogromna i z każdym dniem wiedziałam, że coraz bliżej jest nie tylko urlop, ale też ta fantastyczna wizyta. W zeszłym tygodniu emocje sięgały zenitu i obie piszczałyśmy drogą mailową, że już, już, zaraz, za moment, za trzy dni, za dwa, oja, to już dziś. Okazało się, że przynajmniej moja podjarka, nie była w najmniejszym calu przesadzona. To był weekend idealny. Agiś to tak cudowny babon, że żal mnie ogarnął jedynie w kwestii dzielących nas kilometrów. Bo jednak wolałabym mieć ją w bloku obok. Mam nadzieję, że moja kanapa zazna jeszcze radości tak zacnego gościa. Ale co ja się będę tu rozpisywać. Zapodam fotostory, niczym w starym, dobrym Bravo (fotki ajfonowe są autorstwa Agi)

Najpierw była świątynia - Tiger
A potem dzióbki w TK Maxx

Ma się rozumieć

Agi przetestowała chemię w najczystszej postaci - bubble tea. Smakowało





Jeleń miał swoje pięć minut

Próbowałam się popisać umiejętnością robienia na drutach, ale zapomniałam jak się zaczyna pierwszy rząd

Agiś natomiast pamiętała, jak się szydełkuje



Spojrzało na mnie rybie oko

Tak się babina rozszydełkowała, że nie chciała ze mną skrapować. Za to zostałam zaopatrzona w najwyjebistszy koszyczek ewer

Tak skrapuje ciocia Lejdi. Nie wypuszczając wina z ręki



Odwiedziłyśmy śmieciowy targ staroci

Było bajecznie

Widać już jesień


My dwie w objęciach Maryi



A takie szablony za 3 zł (w sumie) pozyskałyśmy na bazarku. Pan śmiał się z naszego podniecenia

Przyszedł też czas na trochę kalorii



Babeczki wyszły orgazmiczne, ale niezbyt fotogeniczne. Ale co ja się nawzdychałam...


 Nie umiem nawet opisać tego, jak było rewelacyjnie. Moja kanapa domaga się rychłego powrotu. Za to ja chodzę z bananem na gębie jak debil i zaprzyjaźniam się ze wszystkimi napotkanymi ludźmi, z tego rozanielenia. Z brudnych sekretów mogę tylko zdradzić, że Agi to pijus, który zgrzewkę mineralki wciąga raz dwa. Hmmmm, co by tu jeszcze. A no tak, przyjechała do mnie z małą walizeczką, a wyjechała z pękającymi w szwach torbami. Ja się zastanawiam, gdzie się podziały moje rodowe srebra.

A w ramach skrapowania z winem w ręku uknułam lifta pracy Sevriny, którą to u Liftonoszek zaproponowała właśnie Agiś. Jestem monotonna do bólu, ale nie mam innych wywołanych fotek, a nie chciało mi się męczyć drukarki.


A teraz biegnę ogarniać pakowanie i zarabianie pieniędzy. Już jutro pierwszy rzut oka na Lizbonę, adziaaaa.

31 sierpnia 2012

I'll take you to the candy shop

Byłyście kiedyś w takim dużym sklepie z cukierkami? W takim, gdzie chciałybyście usiąść na podłodze i spróbować po kolei WSZYSTKIEGO? No to ja przeżyłam wczoraj coś podobnego. Tyle że nie w sklepie z cukierkami. Po ponad roku umawiania się z Czekoczyną, tym razem udało nam się ustalić termin w 10 minut. Jakoś tak wyszło. Miało być jakieś spotkanie na mieście, ale ponieważ obie mało się znamy na lanserskich miejscówkach, przybyłam z wizytą do czekoczynowych włości. Kazała mi ta bezlitosna jędza przynieść prace. Ramię boli do teraz. Ale warto było pocierpieć. Bo jakimś podstępem, od słowa do słowa, zostałam zwabiona do skrapowego biurka. Litości, ja nie wyklejam przy ludziach! Ale wyboru nie było. Poczułam na sobie wzrok surowej nauczycielki i nie było dyskusji. Nagrodą była:
A. możliwość popatrzenia, jak działa miszcz,
B. prywatne warsztaty z ciapania gipsem i farbą
C. chlapnięcia tuszem na mojej pracy wykonane osobiście przez miszcza
Czad, nie?
Ale wracając do sklepu z cukierkami. Właściwie wszystko było dla mnie nowe, bo gdzie ja tam jakieś pędzle, pasty, ecoliny. Poza tym papiery, których nie znałam. No i w efekcie powstała jakaś orgia. Bo jak tu się ograniczać, gdy podoba się WSZYSTKO?





Zdjęcie i napis dodałam już w domu. Koniec końców praca uwiecznia ten fantastyczny dzień w genialnym towarzystwie. I jeszcze pamiątkowo trochę obrazków:

Sterta cudów


Też chcę porządek

Miszcz edukuje

A uczeń umazał się jak debil

W toku
Z brudnych sekretów zdradzę Wam, że Czekoczyna prace trzyma nad lodówką, jest chudsza niż na zdjęciach i umie gotować barszcz. Więcej doniesień z Pudelka przy kolejnej (mam nadzieję) okazji.
Dzięki, babo!

 A w kwestii brudnych sekretów, to we wtorek wyskoczyłam do kina z Drychą, która jest niemalże moją sąsiadką. Oglądałyśmy ambitny film o męskich pośladkach i naoliwkowanych klatach. I chciałabym naskarżyć, że gdy większość ekranu zajmował jędrny męski tyłek, Dryszka stwierdziła, że tam w tle są ładne szuflady. Skandal po prostu. Koniec donosu.

Na życzenie dociekliwych, obrazek poglądowy:

 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...