Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty

29 maja 2013

Take a Rizk

 Żurnalowy latający cyrk powraca. Tym razem inspirację wybrał dla nas Noomik i myślę, że autor wszystkim nam przypadł do gustu.


 Żurnalowałyśmy w stylu Kareema Rizka i czułam się trochę, jakbym robiła jakiś scraplift. Ten pan tworzy bowiem kolaże tak bardzo zbliżone do żurnalowych wpisów (oczywiście tych zdolniejszych niż ja scraperek), że aż poczułam się jak w domu.
Zajrzyjcie koniecznie na jego stronę i powpatrujcie się w te tła i mieszanki kolorów. No miód.
Mnie do stworzenia wpisu ogromnie zainspirowało zdjęcie z jakiejś darmowej hipsterskiej gazety. Kiedyś zupełnie nie przemawiał do mnie David Bowie, ale chyba z czasem, jak się człowiek starzeje, zaczyna inaczej patrzeć na świat. Teraz tacy ludzie zaczęli mnie fascynować, a to zdjęcie naprawdę magnetyzuje. Może magnetyzowałoby jeszcze bardziej, gdybym nie zakleiła mu oczu różową taśmą, ale tu się kolażuje i reklamacji nie uwzględnia się.




Bardzo się nie napracowałam, ale lubię ten efekt.
Jestem niezmiernie ciekawa, co wykombinowały: Ulietta, Antilight i Noomiy.

14 października 2012

Jestem taka dorosła

Moje priorytety są wciąż bardzo mądre i dorosłe. Postanowiłam więc nadrobić zaległości na Liftonoszkach. Co tam, że w poniedziałek powinnam zaprezentować efekty swojej pracy zarobkowej. Przecież można wszystko zrobić w stresie na ostatnią chwilę. Spokój wewnętrzny, osiągnięty dzięki zabawom z papierem, jest po stokroć ważniejszy. Prawda? Niech ktoś powie, że nie jestem nieodpowiedzialną szczeniarą. I że zrzucicie się na mój byt, jak mnie zleceniodawcy poślą w cholerę.
Ale przejdźmy do przyjemności. Majstrująca Asia coś ostatnio protestowała, że mało różu. No przecież! Popatrzyłam i faktycznie święta racja. Błąd naprawiłam natychmiast, bo nie można tak porzucać swoich oczojebnych ideałów.
Okazja była przednia, bo miałyśmy do zliftowania szałową pracę Makówki, w której pełno jest farby. A u mnie repertuar kolorystyczny farb nie jest za duży i różu nie dałoby się pominąć. Znów zrobiłam wszystko na opak, czyli najpierw pobrykałam z tłem, a potem zaczęłam obmyślać, jakie zdjęcie może pasować. Też tak czasem robicie? Po krótkim spojrzeniu na tę żrącą w oczy plamę barw, odpowiedź nasunęła się sama. Potrzebuję rudzielca. No i jednego akurat miałam pod ręką.


Kartelucha jest niemiłosiernie zmięta, bo przyjęła chyba wiadro wody. Najpierw (nadal bije pokłony przed Czeko) był transfer gazetowych literek, potem trochę gessa, potem farby. Jak się biedny karteluch miał nie skrzywić? Ale mam nadzieję, że rudy Agiszonek wybaczy te "zmarszczki".
A wracając jeszcze do obrabiania tyłka Czeko, to jeśli ktoś chciałby też podpatrzeć jej sekrety, będzie miał taką okazję. Za dwa tygodnie gwiazda ma warsztaty warszawskie. Mój obecny stan portfela (20 zł) nie pozwala na razie na zapisanie się, ale myślę nad zapożyczeniem się.

Tak z okazji niedzieli, żeby było bardziej odświętnie, wrzucę od razu drugiego liftonoszkowego skrapiszona. Daleki jest niestety od uroczego oryginału worqshopowej Kasi, ale mam nadzieję, że nie dostanę kopniaka, gdy Kasior się tu zjawi.

 
Jak widzicie chciałam być tak dokładna, że podjęłam się nawet namalowania czegoś u dołu pracy. Widać też, dlaczego tego zazwyczaj nie robię. Wnikliwym wyjaśnię, że namalowałam liście. Wiecie, takie skojarzenie z jesienią. Na obrazku widać perspektywę, głębię, znakomicie uchwycony światłocień. Naprawdę sama przed sobą zdejmuję czapkę i pochylam się w zadumie.

12 października 2012

Lejdi czaruje

Wczoraj Antilight napisała w komentarzu, że widzi moje zdjęcie z bańkami mydlanymi na jakimś skrapie. No i wyczuła, cwaniara. To ostatnia z prac, która miała się Wam pokazać podczas mojego fikania po plażach. Jak już wszyscy wiemy, postanowiła poczekać, aż sama ją oficjalnie wrzucę. Więc klik, klik. A to było tak:

Dziś jestem taka eteryczna, czarująca, bajkowa i zwiewna, że klękajcie narody. A to znów za sprawą Aniowych zdjęć. Ot, taka ze mnie wróżka z mydlinami w ręku.



Trochę sobie poszalałam z moją ulubioną ostatnio pastą strukturalną, a także z różnymi przezroczystościami. Mam nadzieję, że wyszło choć trochę zwiewnie.

11 października 2012

Młode, zdolne, atrakcyjne

Nadrabiania zaległości ciąg dalszy.

Dziś powracam do wątku prac dziwnych. Bo czy ja przypadkiem nie zrobiłam żurnalowego wpisu w formie LO? Tak mi to jakoś wygląda. No w każdym razie zaszalałam dość poważnie.



Nie mogę nie wspomnieć o zdjęciach. Bo tuż po sesji z wypiętym tyłkiem w centrum Warszawy, nastąpiła sesja z matulą. To był prezent na dzień matki. Tylko realizacja się nieco obsunęła, bo wakacje, rozjazdy, praca, pogoda i masa innych okoliczności. W końcu dzień matki odbył się na początku września, a za aparatem znów stanęła niezawodna Ania. To zresztą był jej pomysł, by taki prezent podarować mamie. I trafiła w dziesiątkę, bo teraz moja rodzicielka wszędzie się chwali jakie ma czadowe zdjęcia. Nawet zastanawia się, jak mnie z nich powycinać. Cóż, z jakiejś innej okazji sprezentuję jej chyba sesję na golasa, żeby samozachwytowi stało się zadość. Gdyby ktoś chciał pooglądać więcej fotek, to zapraszam tu.
I wiecie co, naprawdę fajnie jest mieć taką pamiątkę. Kiedyś pewnie uznałabym, że sesja z mamą to obciach. Ale człowiek się starzeeeeje.

10 września 2012

Palcem po mapce

W nawiązaniu do poprzedniej notki, znowu nie po mojemu. Ale już przestaję narzekać. Jesteście kochane, dziękuję za wszystkie czułe słówka pod poprzednią i każdą inną notką! Dodają skrzydeł i zachęcają, by nadal próbować nowych rzeczy. Bo skoro akceptujecie, że czasem odbiegam od swoich klimatów, to chyba ja też powinnam. Mam jednak nadzieję, że niedługo uda mi się jednak zrobić coś absolutnie mojego i dodać notkę bez żadnych narzekań.
Dzisiejsza praca powstała na najnowsze, mapkowe wyzwanie na Art Piaskownicy. Ibisek przygotował nam bardzo ciekawy szkic, który każdą z nas zainspirował do czegoś zupełnie innego. U mnie jest cukiniowo.



Zerknijcie koniecznie na prace innych dziewczyn. Mnie powaliły. No i mam nadzieję, że również skorzystacie z tej inspirującej mapki.


5 września 2012

Nieład i wczesna udręka

To bardzo dobry tytuł jest. Bo to kolejny post z cyklu "mój pierwszy raz". Także, drogie Bravo, spróbowałam. Zrobiłam żurnalową stronę. Oczywiście nie sama z siebie, bo przecież zeszytów pod kątem art żurnala mam już z 20 i zalegają miesiącami. Zostałam po prostu przymuszona. W ramach rewizyty wpadła Czeko. Trochę jestem obrażona, że tylko na chwilę, ale mój stół nadal pozostaje wzruszony tym wydarzeniem. Powiem Wam, że Czeko przyszła i zaczęła się rządzić. Mówi mi 'rób żurnal'. I jeszcze mi tnie książki, daje jakieś cytaty. No błagam! Ale cytaty bardzo trafne się okazały. Odnoszą się idealnie do mnie żurnalującej. Pod czujnym okiem miszczyni zrobiłam nie za wiele, bo nie ogarnęłam o co chodzi. Ale udało mi się nauczyć kolejnej nowości - transferu fotki z gazetki. Czuję się taka PRO. Kiedy już pani profesor na mnie nie łypała, poczułam się jak spuszczona ze smyczy i... nawaliłam różu. Teraz Czeko już wie, że lepiej mnie pilnować.
Efekt jest taki:



Wdzięczna jestem ogromnie za to przyuczenie, opierdziel i motywację do spróbowania czegoś nowego. Nie wiem, czy sama spróbuję żurnalować, ale teraz już wiem, że to w ogóle możliwe jest. I powiem Wam, że jak wyczaicie gdzieś warsztaty Czekoczyny, to idźcie jak w dym. Ja już doczekać się nie mogę.

31 sierpnia 2012

I'll take you to the candy shop

Byłyście kiedyś w takim dużym sklepie z cukierkami? W takim, gdzie chciałybyście usiąść na podłodze i spróbować po kolei WSZYSTKIEGO? No to ja przeżyłam wczoraj coś podobnego. Tyle że nie w sklepie z cukierkami. Po ponad roku umawiania się z Czekoczyną, tym razem udało nam się ustalić termin w 10 minut. Jakoś tak wyszło. Miało być jakieś spotkanie na mieście, ale ponieważ obie mało się znamy na lanserskich miejscówkach, przybyłam z wizytą do czekoczynowych włości. Kazała mi ta bezlitosna jędza przynieść prace. Ramię boli do teraz. Ale warto było pocierpieć. Bo jakimś podstępem, od słowa do słowa, zostałam zwabiona do skrapowego biurka. Litości, ja nie wyklejam przy ludziach! Ale wyboru nie było. Poczułam na sobie wzrok surowej nauczycielki i nie było dyskusji. Nagrodą była:
A. możliwość popatrzenia, jak działa miszcz,
B. prywatne warsztaty z ciapania gipsem i farbą
C. chlapnięcia tuszem na mojej pracy wykonane osobiście przez miszcza
Czad, nie?
Ale wracając do sklepu z cukierkami. Właściwie wszystko było dla mnie nowe, bo gdzie ja tam jakieś pędzle, pasty, ecoliny. Poza tym papiery, których nie znałam. No i w efekcie powstała jakaś orgia. Bo jak tu się ograniczać, gdy podoba się WSZYSTKO?





Zdjęcie i napis dodałam już w domu. Koniec końców praca uwiecznia ten fantastyczny dzień w genialnym towarzystwie. I jeszcze pamiątkowo trochę obrazków:

Sterta cudów


Też chcę porządek

Miszcz edukuje

A uczeń umazał się jak debil

W toku
Z brudnych sekretów zdradzę Wam, że Czekoczyna prace trzyma nad lodówką, jest chudsza niż na zdjęciach i umie gotować barszcz. Więcej doniesień z Pudelka przy kolejnej (mam nadzieję) okazji.
Dzięki, babo!

 A w kwestii brudnych sekretów, to we wtorek wyskoczyłam do kina z Drychą, która jest niemalże moją sąsiadką. Oglądałyśmy ambitny film o męskich pośladkach i naoliwkowanych klatach. I chciałabym naskarżyć, że gdy większość ekranu zajmował jędrny męski tyłek, Dryszka stwierdziła, że tam w tle są ładne szuflady. Skandal po prostu. Koniec donosu.

Na życzenie dociekliwych, obrazek poglądowy:

 

28 sierpnia 2012

Drogi gips z lawendą

W końcu i na mnie przyszła pora. A długo się wzbraniałam. Wprawdzie cała się zaśliniałam, patrząc na prace wielu skrapowych cudotwórczyń, ale dla mnie nie do pojęcia było to całe gesso. Kiedyś zresztą zorientowałam się, że jest to po prostu gips, a w jakimś plastycznym sklepie zobaczyłam, że kosztuje 27 zł. No halo. Ale ostatnio napatrzyłam się trochę na kursy Czekoczyny i tak jakoś mi się zamarzyło. Akurat zamawiałam farby i różne inne zabawki, a w tym samym sklepie gesso kosztowało piątaka. No to musiałam. Trochę sobie potestowałam, aż w końcu upaćkałam nim niemal całą powierzchnię papieru. Oczywiście nie ma to zbytniego związku z czekoczynowymi cudami, ale co sobie popaćkałam, to moje. Oprócz gessa jest trochę plastra i nieodzowne w ostatnim czasie bańki. Jaka ja nudna jestem.
Tło powstało w ramach uwieczniania wizyty u Ulietty, w jej lawendowym śnie. Na początku planowałam więcej zdjęć na skrapie, ale w końcu tło wyszło mocno intensywne i robiło się trochę za ciężko. Nie ma tego złego, inne fotki też się przecież doczekają.



Mam nadzieję, że nie zemdli Was ta cukierkowość, niach, niach.

29 lipca 2012

Zdjęcia, które się doczekały

Teraz będzie praca ze zdjęciami, które ogromnie lubię. Wywołałam je już dawno, ale co przykładałam do jakiegoś papieru, to mi do niego nie pasowały. I wczoraj przyłożyłam je do kartki, którą ozdobiłam w ramach wprawki przed liftem pracy Kolorowego Ptaka. Nagle coś zaskoczyło, wpadło w odpowiednią zapadkę, kliknęło. Reszta to była już tylko formalność. Znowu trochę plastra, farby i mało widocznych baniek mydlanych.







Pomijając, że kartka znowu cała pogięta, to przyznam się do zadowolenia z tej pracy. A swoją drogą, to czy są jakieś sposoby na to, by po moczeniu kartka była nadal prosta i gładka?

Plusk!

Czy macie tak, że jak kupicie sobie nowy ciuch, to nagle macie poczucie, że dotychczas nie miałyście w szafie zupełnie nic i wreszcie uzupełniłyście ten brak? Zajeżdżacie potem nowe nabytki tak, jakby to były jedyne Wasze ciuchy? Ja tak mam i chciałam się dowiedzieć, czy to jakiś kliniczny przypadek. Podobny mechanizm przejawia się też u mnie w zakresie wyklejania. Kiedy dotrą do mnie nowe papiery, stare nagle przestają istnieć. Kończy się to albumami o Euro w barwach Love&Merry. A gdy odkryję jakąś technikę, to nie mogę przestać z niej korzystać. W efekcie, gdy zasiądę do pracy jednego wieczora, wszystkie dokonania mają wiele wspólnych cech.
Tak też było wczoraj. Machnęłam trzy prace, które ciężko sfotografować z racji pofalowania od baniek mydlanych. A ponieważ naszło mnie ostatnio na kupno tkaninowego plastra, to i on pojawił się we wszystkich trzech.
Na dobry początek będzie w temacie wodnym, więc pofalowany papier to taka metafora.







W hołdzie Parkowi Wodnemu Moczydło, który mam niemal pod domem (znacznie bliżej niż Biedronkę, a przecież Biedronka jest tak blisko) i zawdzięczam mu chwile ochłody w tych tropikalnych dniach. Chyba zaraz narzucę kostium i bryknę na dobry początek dnia.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...