W końcu i na mnie przyszła pora. A długo się wzbraniałam. Wprawdzie cała się zaśliniałam, patrząc na prace wielu skrapowych cudotwórczyń, ale dla mnie nie do pojęcia było to całe gesso. Kiedyś zresztą zorientowałam się, że jest to po prostu gips, a w jakimś plastycznym sklepie zobaczyłam, że kosztuje 27 zł. No halo. Ale ostatnio napatrzyłam się trochę na kursy Czekoczyny i tak jakoś mi się zamarzyło. Akurat zamawiałam farby i różne inne zabawki, a w tym samym sklepie gesso kosztowało piątaka. No to musiałam. Trochę sobie potestowałam, aż w końcu upaćkałam nim niemal całą powierzchnię papieru. Oczywiście nie ma to zbytniego związku z czekoczynowymi cudami, ale co sobie popaćkałam, to moje. Oprócz gessa jest trochę plastra i nieodzowne w ostatnim czasie bańki. Jaka ja nudna jestem.
Tło powstało w ramach uwieczniania wizyty u Ulietty, w jej lawendowym śnie. Na początku planowałam więcej zdjęć na skrapie, ale w końcu tło wyszło mocno intensywne i robiło się trochę za ciężko. Nie ma tego złego, inne fotki też się przecież doczekają.
Mam nadzieję, że nie zemdli Was ta cukierkowość, niach, niach.
Tło powstało w ramach uwieczniania wizyty u Ulietty, w jej lawendowym śnie. Na początku planowałam więcej zdjęć na skrapie, ale w końcu tło wyszło mocno intensywne i robiło się trochę za ciężko. Nie ma tego złego, inne fotki też się przecież doczekają.
Mam nadzieję, że nie zemdli Was ta cukierkowość, niach, niach.