17 października 2012

Głębia

Trochę ostatnio szaleję z dodawaniem prac, ale tak już mam, że nie mogę się nigdy doczekać wrzucenia czegoś nowego. Choć w sumie przy tej pracy wykazałam się dużą cierpliwością. Machnęłam ją chyba jakoś w lipcu pod kątem pewnego konkursu, w wielkiej tajemnicy. Fota, choć może kojarzyć się z ostatnimi wojażami, jest jeszcze z wypadu do Barcelony. Ponieważ LOsik nie wygrał, a wtedy musiałby poczekać jeszcze trochę na publikację, mojej niecierpliwości wreszcie może stać się zadość. Wrzucam więc.


W sumie dość łatwo usytuować go w czasie. Pamiętacie szał z plastrem i bańkami? Tu chyba dałam mu największy upust.
Może to i dobrze, że LO pełne wody pokazuję teraz, a nie w jakąś trzaskającą zimę. Wtedy mogłoby to wyglądać jeszcze bardziej głupio niż teraz.

16 października 2012

No kto by pomyślał

Wczoraj była kartka i dziś będzie kartka. Trochę nietypowo, bo dotychczas robiłam je tylko w związku z konkretnymi okazjami. Za sprawą Art Piaskownicy nie ma jednak zmiłuj. Toteż wykleiłam karteluchę, która jest liftem cudnej kompozycji Marinette.


Narobiłam trochę bałaganu, dodałam kapkę różu i kartka powstała. Nawet bezboleśnie, jak na moje dotychczasowe męczarnie. Kartelucha poczeka na jakieś urodziny, bo szkoda, żeby tak w domu się marnowała.

Praca Marinette okazała się megainspirująca i nie mogę się napatrzeć na pracę reszty DT. Zobaczcie same:


15 października 2012

Dla pewnego młodziaka

Powinien istnieć jakiś ogólny skrapowy kalendarz urodzinowy, żeby mi oszczędzić stresów. Bo ja się wiecznie w ostatniej chwili dowiaduję, że ktoś zaraz, za moment ma urodziny. Weźmy taką Maryszę. Pisze mi w komentarzu, że za dwa dni będzie miała 22 lata. No pięknie, cudnie, kiedy to było. Tylko czasu trochę mało na klejenie. No ale rzuciłam się pomiędzy spisywaniem listy rzeczy na wyjazd a przygotowaniami na przyjazd Agi. Machnęłam kartkę, notes i dorzuciłam kilka duperelek.



Przyznam, że z braku czasu z kartką poszłam na pewną łatwiznę, bo częściowo miałam ją już przygotowaną. Była to jedna z wersji cardliftu na Art Piaskownicy. Zarzuciłam ją jednak, bo nie chciały tu pasować inne konieczne elementy. Wykończenie było już dedykowane Maryszce. Na przyszłość proszę wcześniej informować o datach urodzin, coby nie dostawać prezentów robionych w tempie ekspresowym. Musze tu Wam jakiś kalendarz przygotować, żebyście mi się wszystkie wpisały.
Muszę sobie znaleźć jakąś nową zajawkę, żeby przestać nadużywać tych szablonów. Macie jakieś propozycje?

14 października 2012

Jestem taka dorosła

Moje priorytety są wciąż bardzo mądre i dorosłe. Postanowiłam więc nadrobić zaległości na Liftonoszkach. Co tam, że w poniedziałek powinnam zaprezentować efekty swojej pracy zarobkowej. Przecież można wszystko zrobić w stresie na ostatnią chwilę. Spokój wewnętrzny, osiągnięty dzięki zabawom z papierem, jest po stokroć ważniejszy. Prawda? Niech ktoś powie, że nie jestem nieodpowiedzialną szczeniarą. I że zrzucicie się na mój byt, jak mnie zleceniodawcy poślą w cholerę.
Ale przejdźmy do przyjemności. Majstrująca Asia coś ostatnio protestowała, że mało różu. No przecież! Popatrzyłam i faktycznie święta racja. Błąd naprawiłam natychmiast, bo nie można tak porzucać swoich oczojebnych ideałów.
Okazja była przednia, bo miałyśmy do zliftowania szałową pracę Makówki, w której pełno jest farby. A u mnie repertuar kolorystyczny farb nie jest za duży i różu nie dałoby się pominąć. Znów zrobiłam wszystko na opak, czyli najpierw pobrykałam z tłem, a potem zaczęłam obmyślać, jakie zdjęcie może pasować. Też tak czasem robicie? Po krótkim spojrzeniu na tę żrącą w oczy plamę barw, odpowiedź nasunęła się sama. Potrzebuję rudzielca. No i jednego akurat miałam pod ręką.


Kartelucha jest niemiłosiernie zmięta, bo przyjęła chyba wiadro wody. Najpierw (nadal bije pokłony przed Czeko) był transfer gazetowych literek, potem trochę gessa, potem farby. Jak się biedny karteluch miał nie skrzywić? Ale mam nadzieję, że rudy Agiszonek wybaczy te "zmarszczki".
A wracając jeszcze do obrabiania tyłka Czeko, to jeśli ktoś chciałby też podpatrzeć jej sekrety, będzie miał taką okazję. Za dwa tygodnie gwiazda ma warsztaty warszawskie. Mój obecny stan portfela (20 zł) nie pozwala na razie na zapisanie się, ale myślę nad zapożyczeniem się.

Tak z okazji niedzieli, żeby było bardziej odświętnie, wrzucę od razu drugiego liftonoszkowego skrapiszona. Daleki jest niestety od uroczego oryginału worqshopowej Kasi, ale mam nadzieję, że nie dostanę kopniaka, gdy Kasior się tu zjawi.

 
Jak widzicie chciałam być tak dokładna, że podjęłam się nawet namalowania czegoś u dołu pracy. Widać też, dlaczego tego zazwyczaj nie robię. Wnikliwym wyjaśnię, że namalowałam liście. Wiecie, takie skojarzenie z jesienią. Na obrazku widać perspektywę, głębię, znakomicie uchwycony światłocień. Naprawdę sama przed sobą zdejmuję czapkę i pochylam się w zadumie.

13 października 2012

Under my shirt

Wciąż trudno mi wyjść z wakacyjnego nastawienia pt. fuck it. Powinnam natychmiast rzucić się w wir pracy, bo teksty czekają, na koncie pusto, terminy gonią. Ale dni mijają, a ja po prostu nie mogę. Dziś już, już miałam zacząć pisać, ale zorientowałam się, że na Art Piaskownicy rusza nowe wyzwanie i dobrze byłoby dodać coś od siebie po dłuższej przerwie. Postawiłam więc na szali nadrobienie zaległości w zarobkowaniu i nadrobienie zaległości w wyklejaniu i oczywiście wybrałam jak poważna, dorosła osoba. Wygrzebałam z szafy starą koszulę i zrobiłam scrapa z jej udziałem. Ćśśś, nie mówcie Lubemu. Koszulowy recykling zaproponowała Sagitta. Najpierw myślałam, że może wymyślę coś ambitnego, ale pośpiech spowodował, że skończyło się na pracy papierowej. O takiej:




Dzięki tej mobilizacji pierwszy scrap o tematyce portugalskiej powstał szybciej niż myślałam. Zapewne nie jest jednak ostatni, bo jest zbyt kaszalotowy, by upamiętniać tak wyjebisty wyjazd. Postaraj się, Lejdi.

Zobaczcie też inne, bardziej szalone przeróbki koszul. Urzekną Was namioty przerobione na eleganckie bluzeczki.


12 października 2012

Lejdi czaruje

Wczoraj Antilight napisała w komentarzu, że widzi moje zdjęcie z bańkami mydlanymi na jakimś skrapie. No i wyczuła, cwaniara. To ostatnia z prac, która miała się Wam pokazać podczas mojego fikania po plażach. Jak już wszyscy wiemy, postanowiła poczekać, aż sama ją oficjalnie wrzucę. Więc klik, klik. A to było tak:

Dziś jestem taka eteryczna, czarująca, bajkowa i zwiewna, że klękajcie narody. A to znów za sprawą Aniowych zdjęć. Ot, taka ze mnie wróżka z mydlinami w ręku.



Trochę sobie poszalałam z moją ulubioną ostatnio pastą strukturalną, a także z różnymi przezroczystościami. Mam nadzieję, że wyszło choć trochę zwiewnie.

11 października 2012

Teraz można mnie oficjalnie znielubić

Patrzę przez okno, patrzę na zdjęcia, patrzę przez okno, patrzę na zdjęcia, patrzę przez okno... Ech, i sama sobie zazdroszczę. Chyba jednak powinnam się wynieść do jakiegoś cieplejszego kraju. Mieszkanko pod Lizboną naprawdę by mnie urządzało. Szczególnie, że według naszych obserwacji, bywają one tańsze niż w Warszawie. Ja chcę ocean i słońce.
No ale ponieważ w najbliższym czasie raczej nie czeka mnie żaden podbój świata, pozostaje wgapiać się w zdjęcia, siedząc przy farelce, i wyobrażać sobie, że to słońce grzeje. Stopy mogę w tym czasie nużać w misce ze słoną, lodowatą wodą. Taka namiastka.
A teraz nastąpi fala nienawiści, bo kto lubi oglądać foty plaży, gdy za oknem piździ? Spoko, z góry wybaczam wszystkie obelgi pod moim adresem.


  
 
Plaża w Costa da Caparica mogłaby pomieścić wszystkich turystów z Polski, Niemiec i Anglii, a i tak by było luźno. Na szczęście przyjezdnych było nieco mniej

Publiczne obżarstwo na ławce wywoływało nieustanną sensację




Przez większą część pobytu mieliśmy kuriozalnie niebieskie niebo. Większości zdjęć w ogóle nie obrabiałam, a wyglądają, jakbym narysowała je w fotoszopie






Kafelki, my loveeee. W każdym mieście jest ich pełno, na kamienicach, w knajpach, stacjach metra, a nawet w kibelkach. Istny szał










Zapachniało Banksym

Bylimy na najbardziej wystającym na Zachód kawałku Europy...
... tak ogólnie to wiało

Z ciekawości zajrzeliśmy nawet do Fatimy

Ciocię Lejdi natchnęło w sklepie z pamiątkami

Coimbra to kolejna miłość. Nie mają tam morza, ale i tak jest zajebiście. Tylko ponoć można dostać kosę pod żebra


Me too


Winiarski region Douro to jedno z najbardziej malowniczych miejsc, jakie znam. Mamy z niego sporo pamiątek. Płynnych

No czaicie tyle kafelków?

Ciocia Lejdi nie byłaby sobą...



Wzięłam ze sobą tylko jedną książkę, na którą nie miałam ochoty. W ramach szukania rozrywek na plaży dopieszczałam więc samozachwyt

To wcale nie był dzień z największymi falami. I tak bolało

W okolicach Lizbony nie przejmują się prawami autorskimi. Tu Golden Gate...

... tam Jezus z Rio


Gdy dzień nie zaczynał się od kawy "U Babć", był od razu skopany. Mówię to ja, co kawy nie pijam. Gdy raz wzięłam podwójne espresso, babcia Rosario zapytała (po portugalsku), czy mi się nie pomyliło, zatroskała się, przeżegnała, a i tak nalała może 1,8 espresso, żebym jej nie umarła. Nie umarłam






W niedziele i święta do wioski zjeżdżał targ staroci. Kupiłabym wszystko, gdybym nie miała świadomości, że panowie na lotnisku będą moją walizką rzucać pod niebiosa, a potem po niej skakać

for Agi, with love :***


przesuń się, bitch


przydarzyło się nam także niezwykłe spotkanie. tuż przed wyjazdem dowiedziałam się, że mój chrzestny, Bruno, mieszka chwilowo w Portugalii. ostatni raz widziałam go jakieś 10 lat temu, a w ogóle pewnie z pięć razy w życiu. no i się wprosiliśmy bezceremonialnie. nie żałujemy, bo było super.

a ponieważ do kompletu z Bruno był też szczeniak Brujo, to ja już w ogóle piszczałam bez przerwy




nie przyznawałam się nigdy, ale cierpię na jakąś architektoniczną megalomanię. uwielbiam wszystko co wielkie i koniecznie chciałabym to wszystko zobaczyć. marzę o Jezusie w Świebodzinie, pomnikach w Moskwie, Mount Rushmore i wielu innych. marzyłam też o takim moście, co ciągnie się tak długo, że nie widać drugiego brzegu. odkrywszy, że w Lizbonie mają kilometrowy Ponte Vasco da Gama, mało się nie posikałam



Standardowo, jak widzicie, nie potrafiłam wybrać pięciu fotek i zawaliłam nimi hektar bloga. Ale co robić. Oczywiście to tylko marna garstka. Gdyby ktoś miał siłę na więcej, standardowo komplet wybrańców jest na Picasie.
Gdyby ktokolwiek choć przez chwile wahał się, czy pojechać do Portugalii, niech od razu rozwiewa każdą wątpliwość, pakuje walizkę i leci. Byle nie na Południe, to pełnego Niemców i Anglików Algarve. Natomiast na zachodnim wybrzeżu można chyba wybierać w ciemno. My na początku wyjazdu mówiliśmy: jeśli jeszcze kiedyś tu przyjedziemy..., by pod koniec zmienić ton na: gdy przyjedziemy tu za rok. O ile oczywiście Portugalia nie zbankrutuje. Amen.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...