7 sierpnia 2012

Sielsko i wiejsko [vol. 2]

Obiecała, to wrzuca. Bo w ciągu tego krótkiego weekendu udało się nam zaliczyć nawet wizytę towarzyską. I to jaką miłą. A obiekt naszej wizyty jest Wam chyba dobrze znany. Mała podpowiedź: lawenda, dużo lawendy. Pomogło? Taaaak, odwiedziliśmy sławny Dworzysk, panią na włościach - Uliettę i jej małżonka. Okazało się, że z Narewki jest całkiem niedaleko, a gdybyśmy się nieco nie zagubili, pewnie byłoby jeszcze bliżej. Trasa była dość zabawna, bo wyobrażałam sobie, że jedziemy do wioski pokroju Narewki. Czyli domy, szkoła, sklep GS, sołtys, bar piwny. Dlatego wskazówki dojazdu od Uli, w których nie pojawił się żaden numer domu, wydawały mi się jakieś takie skąpe. Uznałam, że zadzwonimy i dopytamy najwyżej. Okazało się to jednak niepotrzebne. Po około 10 km jazdy przez las (ponoć nielegalnie), dotarliśmy do polany składającej się właściwie z dwóch gospodarstw. A z bramy wystawała już Ula, której leśne zwierzęta doniosły, że Warszawa jedzie. Nigdy jeszcze nie widziałam tak spokojnego miejsca, tak odsuniętego od reszty świata i tak urokliwego. Obejrzeliśmy postępy remontowe, objedliśmy się tatarskimi wypiekami, wkroczyliśmy na sławne pole lawendy i zapoznaliśmy się z bocianem. Powiem Wam, że dech zapiera już teraz, bo wszędzie, w każdym detalu widać tę samą zdolną rękę, która klei te fantastyczne skrapy. Boję się pomyśleć jak tam będzie, gdy remont się zakończy. I jak zajebiste będą prace Uli, gdy już zasiądzie na swoim turbopoddaszu. Jedno jest pewne. Do Dworzyska zaplączemy się przy najbliższej możliwej okazji, bo chyba każdy chciałby wracać. I liczymy na rewizytę po drugiej stronie Białegostoku :)
Zdjęcia nawet w drobnym ułamku nie oddają uroku tego zakątka. Zresztą zrobiłam ich zdecydowanie za mało.

Mała pomoc

Zabijcie mnie, nie przywołam nazwy

Tak wygląda lawendowy sen



I pani tej rezydencji










I odrobina lawendy od Uli, chwilowo poprawiająca przytulność auta. Teraz już pachnie w szafie

A to jeszcze nie koniec. Bo muszę Wam pokazać pewien craftowy wątek podlaskich wojaży. Szczeny opadną, zapewniam. Ale to już może jutro

Sielsko i wiejsko [vol. 1]

Ach, cóż to był za weekend! Po dość długiej, nie wiem czym spowodowanej przerwie, wybraliśmy się do Narewki - podlaskiej wsi, w której Luby ma dom po dziadkach. Pogoda jak drut dodatkowo nas zachęciła. I nie zawiodła. Było łażenie po lesie, było taplanie w jeziorku, zupa ze szczawiu prosto z pola, obfite zbiory cukinii, ogórków, rabarbaru i innych pachnących świeżością pyszności. Były kwaśne jabłka prosto z drzewa i widoki, dla których co minutę chciałoby się zatrzymywać samochód. A teraz jest więcej zdjęć niż z wyprawy do Londynu, bo polska wieś jest niezwykle inspirująca. No zobaczcie:



















 




 


 Trzeba dawkować napięcie. Fotki z pewnej przemiłej wizyty pojawią się później. Ha!

3 sierpnia 2012

Use it!

Wczoraj odwiedziła mnie Ania. Jest ona jedną z niewielu moich koleżanek, które wiedzą, czym jest scrapbooking, a także o tym, że ja się w to bawię. Dlatego uzyskała pozwolenie na przejrzenie prac i buszowanie po skrapowej komodzie. Mało kogo do tego dopuszczam. Nawet moja mama widziała tylko kilka moich kartek. Ale nie o tym miałam. Grzebanie w uginających się szufladach dało mi pewien ogląd sytuacji. Przede wszystkim w papierach. Po kolekcji Love&Merry powinnam brać się za kilka innych zakupów, dokonanych w jakimś szale. Mam np. ogromny plik pepitkowych papierów z kolekcji On the square. Bo ILS zamykał sklep, bo kocham pepitkę, bo była wyprzedaż, bo bałam się, że kiedyś mi zabraknie. A teraz niemal jej nie używam. Czas to zmienić. W ogóle, ponieważ chwilowo nie pojawiają się nowe kolekcje, trzeba wykorzystać trochę starych. Bo miejsca coraz mniej, szuflady się rozwalają, a komoda już raz się na mnie wywaliła (Ikea pisała, żeby mocować do ściany. Ech, głupia ty).
Wiadomo już, jaki papier będzie dziś odgrywał główną rolę. Z Liftonoszkami wzięłyśmy się za słodziutką pracę Zuzichy. Oczywiście nie potrafiłam powtórzyć tak zaawansowanej pracy, więc ogołociłam ją z detali i uprościłam. Także kolorystycznie.



Focia oczywiście z londyńskiego party.
Chciałam się jeszcze pochwalić. Udało mi się w końcu wygrać cuksy. I to jaaaaakie. Mirakowe. Zobaczcie, jakie mam notesowe cudo:

Kis, kis, Mirku.

No i jeszcze chwila podniety, wybaczycie? Wytrzymacie? Po kilku miesiącach poszukiwań i pewnych nerwów, mamy wykupione wczasy. Dwa tygodnie. W Portugalii. Ojacie. W dodatku bez biura podróży, więc jest nawet duża szansa, że dotrzemy na miejsce. Zobaczymy ocean, wiszący nad nim most, Lizbonę i pewnie kilka innych miast. Jaram się przepotwornie i nie mogę doczekać się końca września. Będzie tak:

Foto stąd

Foto
Foto
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...