13 czerwca 2012

Motywacja, mantry, kciuki

Aj tam, co się będę opieprzać, pomysły trzeba realizować od razu.
Nie jest tajemnicą, że mój dość poważny problem ma na imię magisterka. Temat wymyśliłam na trzecim roku studiów i byłam tym mocno podjarana. Ale wtedy też dostałam pracę, o jakiej mi się nie śniło. Miałam do wyboru z zapałem studiować, żeby może kiedyś dostać pracę albo po prostu mieć tę pracę tu i teraz. Taka okazja trafia się tylko raz w życiu. Decyzja była prosta. Olałam trzeci rok. Potem zapisałam się na zaoczne. Ale czasu na pisanie magisterki nie było. A temat z dnia na dzień stawał się coraz bardziej przeterminowany. Minęło kilka lat i zostałam z napisanymi 40 stronami, z którymi nie było co zrobić i z poważnym rachunkiem za wznowienie studiów. Zmarnowałam ten rok, bo wciąż pracy było za dużo. Jak przez całe dnie się pisze, trudno jest po pracy zasiąść znów do pisania. Szczególnie, gdy nie ma o czym. I nagle mnie olśniło. Wpadłam na pomysł reanimacji tematu. Jutro idę na dyżur do mojego niezbyt pomocnego promotora i spróbuję go tym pomysłem jakoś zainteresować. Poczułam, że to jednak jest możliwe i że może do września mogłabym się ogarnąć. Odwiedziłam nawet bibliotekę, co już w ogóle jest świętem.
No i przyszła pora na motywator. Wiadomo, że mnie podkręca tylko jeden kolor.



Zeszycik służy do notowania, zbierania tytułów, autorów, pamiętania o dyżurach i terminach. Natychaj mnie zeszyciku. Jak mantrę powtarzam: "udasięudasięudasięudasię". O kciuki poproszę. Żeby mi zapał nie opadł. I żeby promotor mnie nie wyśmiał.

I widać kawałek patriotycznego manikiuru, ha!

Na rozjaśnienie

Ała, jak mnie gardło od krzyczenia boli. Ale się opłaciło. Pomogły też na pewno biało-czerwone paznokcie oraz wymalowana koszulka. Może na następny mecz jeszcze dzioba wymaluję, to wygrają?

A dziś słaba pobudka, taka paskudna ulewa. Ja, jak zawsze w takie dni, mam sporo spraw na mieście. Będę pływać.
Dla równowagi wrzucam ostatniego skrapa z dnia ILS. Akurat najbardziej słonecznego. Przy okazji też najmniej udanego, bo jakiś taki bez wyrazu. Ale ten żółty optymizm jest mi dziś potrzebny, żeby w ogóle wyjść z domu.


Znów w temacie pociągowym i to maszyna w tle zainspirowała kolory skrapa. Jest też małpka zakupiona niedawno od Jaszki.

No to teraz trzeba pomyśleć nad kolejnymi pracami, bo już nie ma zapasów. Chyba już nawet wiem, co zrobię.

12 czerwca 2012

Polskaaaaaaa

Mam nadzieję, że jestem teraz gdzieś w jakimś fajnym miejscu i zaczynam właśnie się wydzierać. Nie wiem, bo piszę tę notkę wcześniej i liczę, że Blogger posłusznie opublikuje ją o 20.45.
Nową pomalowaną koszulkę mam na sobie, a na skrapie jeszcze ta przymała.


Rozglądając się po polskich ulicach naprawdę można się jedynie dziwić, że znane sieciówki kompletnie nie pomyślały o ciuchach w najmodniejszych kolorach sezonu. Co by im szkodziła mała biało-czerwona kolekcja?

A teraz wszyscy razem: Polskaaaa, biało-czerwoni!

Spożywczo

Pomęczę Was trochę pracami z wczorajszego dnia ILS, bo po tym hurcie na razie zbieram wenę na nowe rzeczy. U siebie mogę też przybliżyć okoliczności powstania skrapów.
Pierwszy sama bardzo polubiłam. To dzięki temu fantastycznemu papierowi w kropy i różowemu paskowi. Same mi się tak ułożyły i reszta pracy zrobiła się sama.


To kolejne pokłosie weekendu po dniu dziecka. Najpierw był wspomniany już festyn ze strażakami, a potem urodzinowy obiad mojej mamy. Bo ona, jako wieczne dziecko, urodziła się 1 czerwca. Poszliśmy do knajpy, która niedawno pojawiła się w naszej okolicy. Nazywa się Objekt Kulinarny i jest powalająca. Wnętrza bardzo w moim stylu, a kuchnia nareszcie wyśmienita. Naprawdę rzadko w Warszawie zdarza się być zadowolonym z zamówionych dań.




Zamówiliśmy luksusowe hamburgery. Takie z rukolą, karmelizowaną cebulką, serem mimolette i prawdziwym kotletem. Ja bym tylko dosoliła, ale to przyzwyczajenia z McD. Były też buraczki zapiekane z kozim serem, rosół z awokado i pyszna ice tea z zielonej herbaty. Jedyny ból to ceny, ale za ten poziom warto. No i skrap musiał powstać.

Pozostając w tematyce spożywczej wrzucam też drugiego, mocno kolorowego skrapa. Znowu poszły w ruch papiery z kolekcji Vivid. Głównie ich ścinki.


Może mało widać, ale na zdjęciu trzymam metrową torbę chrupek kukurydzianych. Jak ja je uwielbiam! Zawsze gdy odwiedzam dzieciatych znajomych, wyjadam maluchom ich chrupki. Dlatego na jeden z pierwszych wiosenno-letnich spacerów musiałam się zaopatrzyć w żelazną rezerwę.

Będziecie dziś kibicować? Ja już koszulkę wyprasowałam i zaraz zacznę malować paznokcie na kolory narodowe.

11 czerwca 2012

Uwaga, jeśli nie lubisz puchnących z dumy egocentryczek, nie czytaj!

Ile to trzeba mieć cierpliwości, żeby takie rzeczy utrzymać w tajemnicy. Już chyba od miesiąca trzymałam buzię na kłódkę i wreszcie mogę się ujawnić. Kiedy wspominałam ostatnio, że produkuję prace jak szalona, jakoś po blogu nie było tego widać. No właśnie, bo powstawały na "Dzień z..." na blogu ILS. Moja praca z watą cukrową wygrała "smaczne" wyzwanie i Nulka zaproponowała mi zarzucenie czytelników ILS-u moimi pracami. Dodatkowo dostałam dwie nowe, boskie kolekcje na chwilę przed ich oficjalną premierą i strasznie było mi trudno nie chwalić się tym wszem i wobec. Ależ było zabawy.
Zapraszam Was w związku z tym na totalnie egocentryczny dzień z Lejdi. Patrzcie jaki mam wyjebisty guziczek.

Przez cały dzień będą ze wszystkich zakamarków wyskakiwać moje dokonania z długiego weekendu. I w ogóle jestem zaszczycona nie tylko tym, że mam taką okazję, ale także dlatego, że dostałam swą szansę tuż po weekendzie z Marcy Penner. No weźcie, jakie zestawienie. Przeogromnie dziękuję ILS-owi za tę boską nagrodę.

Na pierwszy ogień poszła praca na przecudnym drewnianym papierze z kolekcji Marine. Muszę go mieć więcej, dużo więcej. Najchętniej obłożyłabym nim ściany i udawała, że mieszkam w drewnianej chatce.
Jego cudowna biel świetnie eksponuje kolory z kolekcji Vivid.



 A czemu jestem "Dzielnym strażakiem"? W weekend po dniu dziecka na moment wpadli do Warszawy nasi londyńczycy - Gatti i Jarek. Zjedliśmy razem pyszne śniadanie, a że tuż obok odbywał się festyn, zajrzeliśmy tam na moment dla jaj. Gatti, która ma częste fantazje o strażakach, mało nie zemdlała, gdy ujrzała strażacki wóz. Kiedy oglądałyśmy ciężkie sprzęty, hełmy i panów z wąsem, Luby ukradkiem namówił jednego ze strażaków, żeby wziął mnie na przejażdżkę quadem. Nie powiem, żebym miała na to specjalną ochotę, ale skoro pan był już namówiony, to głupio było strzelić focha. Pan zajmował się wożeniem na swej maszynie maluszków, więc gdy wsiadła z nim stara kobyła, pofolgował sobie i jeździł jak szalony. Prawie spadłam, było mi widać majtki, a całe włosy przeniosły mi się do przodu, ale było fajowo. A za taki wyczyn należała się odznaka.
Ktoś jeszcze nie przysnął? To przy okazji pokażę pracę, która powstała dla liftonoszek. Ukryję ją nieco w tej długiej notce, to może mniej osób ją znajdzie. Sama wybrałam do liftowania przezajebistą pracę Naomi Capps. Ale oczywiste było, że raczej nie mam zdolności, by to powtórzyć. Działałam, mazałam, paćkałam i koniec końców jakoś tak mało te kółka widać.




Focia znowu z sesji robionej przez Anię z Pastel Atelier.
Ale przyznam, że nabrałam dużej ochoty, by częściej korzystać w pracach z farb.
No dobra, starczy już tej notki. Wystarczy, że ILS musi mnie znosić przez cały dzień.
Z góry ściskam wszystkie z Was, które wpadną podejrzeć!

9 czerwca 2012

Gola!

O rany, rany. Zaczęło się. Z każdym dniem coraz częściej dreptałam z nóżki na nóżkę, nie mogąc znieść oczekiwania. I w końcu wczoraj ruszyło. O Euro mówię. Bo mnie piłka bardzo jara, a gdy jeszcze taka impreza jest w naszym kraju, gdy panuje taka radosna atmosfera i gdy mamy szansę kibicować naszym ofiarom losu, to już po prostu szał pał. Niestety mimo wielkich nadziei nie udało się nam zdobyć biletu na żaden mecz. Otwarcie obejrzeliśmy więc w strefie kibica. Gorąco, ciasno, słabo widać. Ale wystarczyła ta fala radości po zdobyciu gola, by cieszyć się, że jest się tą kropką w morzu ludzi. Podjarka z tej imprezy nie opuści mnie przez najbliższy miesiąc, więc obawiam się, że mogę Was tu zanudzać piłkarskimi tematami. O, bo np. właśnie Holandia udupiła i nerwa mam.
Wczorajsze emocje przelewam jak najszybciej.



Wybaczcie jakość zdjęć, postaram się podmienić jak najszybciej. Jedną z wad strefy kibica jest zakaz wchodzenia z aparatami, które nie przypominają małpy z supermarketu. Musiałam odnieść swojego potwora do pracy mojej mamy i teraz jestem pozbawiona sprzętu. Pozostał telefon, który nie jest mistrzem jakości. Ale tak bardzo chciałam się szybko podzielić...

Apdejt: fotki podmienione, choć tym razem pogoda nie chciała pomóc.
 
A jeszcze w ramach oburzenia na brak fajnych koszulek dla pań (ta na zdjęciu pochodzi z gazety, ma cztery lata i trochę z niej wyrosłam), postanowiłam dziś pomachać pędzlem.


Może krzywo, może rozlane, może nie jestem boginią cierpliwości, ale przynajmniej nie jest z Lidla.

7 czerwca 2012

Podziwiając widoki

Mam dziś swój national scrapbooking day. Właśnie machnęłam czwartego LO'sa. Poprzednich trzech na razie nie mogę pokazać, więc zacznę od końca.
W ostatni weekend udało się nam zrealizować plany wycieczkowe pt. 'pociągiem przez Warszawę'. Zdjęć jest na tony i będą pojawiać się tu do znudzenia. W planach mam album, ale do niego wolałabym mieć fotki wywołane, a nie druknięte na moim rzęchu. Na razie pozostaje więc klejenie formatów 30x30.
Przyznam, że zakochałam się w widoczkach zza pociągowego okna. I one zostały bohaterami bardzo luźnego liftu pracy Brises, który zaproponowała Liftonoszkom matkapolkarzeźbi. Tło powstało przypadkiem, przetestowałam moc ubrudzonych farbą palców. A potem jeszcze kilka razy specjalnie umoczyłam je w akrylówce. To ciapanie nie wymaga już chyba innych dodatków.


Teraz chwila przerwy i będę kombinować dalej. Mam dziś ciąg, jak nakroman.
A jak tam Wasz długi weekend? Wyklejacie?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...