26 stycznia 2012

Puchaty rękoczyn

Ostatnio ciągle liftu, skrapy, żurnale. Dawno nie było niczego, co nie z papieru. To się girlandą pochwalę, bo nadarzyło się wyzwanie na Art Piaskownicy. Girlanda jest wyrazem niedawno odkrytej miłości do pomponów, wisi sobie w dużym pokoju, nadając mu klimat wiejskiego festynu. Jest puchata, różowa i moja, o!





25 stycznia 2012

Le nudne badziewie

Ja wiedziałam, że tak będzie. Gdy tylko zobaczyłam pracę Vee zapodaną przez worqshop, wiedziałam, że mi nie wyjdzie. To już norma. Nie umiem robić prostych skrapów, na których wszystko widać jak na dłoni. Wychodzi banalna nuda. Papier obklejony mniejszymi papierami. Jak tylko skończyłam liftowanie, przyszła mi do głowy inna koncepcja. Nie wiem, czy wyszłoby lepiej, ale wyobrażam to sobie jako coś ciekawszego. Niestety na razie nie miałam czasu jej zrealizować. Może jeszcze nadrobię. A tymczasem le nudne badziewie:




21 stycznia 2012

Psychodela

Czuję się jak po kilku godzinach dźwigania zakupów. Najnowsza liftonoszkowa inspiracja zapodana przez Agi to chyba najbardziej wymagające z dotychczasowych wyzwań. Chyba każda z nas, widząc dzieło Sevriny, lekko zdębiała. Nie dość, że zaszokowało nas mocne zdjęcie, to jeszcze mnogość wszelkich dekoracji na papierze wydawała się nie do ogarnięcia. Zasiadłam z przekonaniem, że coś przecież zrobić trzeba, ale nie ma co liczyć na to, że nagle nauczę się czegoś nowego. A jednak się nauczyłam. Ciapanie białą farbą było dzisiejszego wieczoru moim głównym zajęciem. Gdy coś nie wyszło, szły kolejne ciapnięcia. Papieru Zeszyty II właściwie nie widać, a kartka jest wybitnie ciężka po tym molestowaniu.Choć jestem lata świetlne od oryginału, to cieszę się, że mogłam się czegoś nauczyć. Sama z siebie strasznie bałam się działań z farbami. Zapewne teraz się to zmieni. Ołje. Oto mój pierdzielniczek:




18 stycznia 2012

Gorąc

Ależ ten czas leci. Ledwo wrzucę jednego lifta, a już zbliża się czas oddania następnego. Tym razem motywowała nas noomyi, która wybrała kipiącą świeżością pracę Kaori. Aż chciało się liftować. Jak to zwykle bywa, gdy zapał mam zbyt duży, efekt jest mizerny. Chyba najbardziej te gwiazdki (z ziemniaka, hell yeah) mnie wkurzają, trzeba było jednak posprejować, jak na oryginale. Jest więc nieudany pean na cześć ostrych papryczek. Kiedyś nawet nie spoglądałam w ich stronę, ale Luby tak mnie wytresował, że teraz odwiedzającym nas gościom zazwyczaj wypala twarze. Szkoda że te czerwone piękności nie dostały nieco bardziej udanej oprawy.



16 stycznia 2012

Jak na szpilkach...

Odliczam dni do wyjazdu, bo jakoś tak bardzo chce mi się oderwać. I choć w Londynie spędzimy niecałe cztery dni, to będziemy razem. W sumie nie powinnam narzekać, bo jakoś tekstów ostatnio nie pisałam zbyt wiele, a za mocno zaległą pracę magisterską wciąż się nie wzięłam. Można wręcz powiedzieć, że opierdzielam się jak nieodpowiedzialna gówniara. Choć właśnie złożyłam dokumenty o drugi w życiu dowód, bo pierwszy niebawem się skończy. Ale mocne postanowienie mam, że trzeba wrócić na dobrą drogę i zakręcić się wokół zleceń. Bo kredyt sam się spłacać nie chce.
Tymczasem w ramach wypełnienia wyjazdowych tęsknot wrzuciłam jeszcze mały wpisik o ostatnim wypadzie do moleskinowego Travel Żurnala. A zaraz, za momencik pojawi się tam kolejny na szczęście.









A na kuchence dochodzi właśnie debiutancka potrawka z królika. Więc może jednak tak całkiem się dziś nie opieprzałam.

14 stycznia 2012

Utuszowane paluszki

Jest taka historia rodzinna o tym, jak to mama kiedyś wzięła mnie do pracy w biurze. Oczywiście mniejszą wersję mnie, jakąś kilkuletnią. Był zamierzchły PRL. Mama chciała zaszpanować przed koleżankami z roboty, toteż ubrała mnie w najlepsze ubranka, które dziadek gdzieś z ostępów RFN-u przywiózł do przaśnej ojczyzny. Lans był poważny, koleżanki zieleniały z zazdrości, mama dumna jak paw. Trza się było wziąć do pracy, licząc, że dziecko będzie stało jak posąg i prezentowało ubranka. Ale dziecko trochę zaczęło się nudzić, wiercić. Po jakimś czasie dumna mama odkryła, że lanserskiego dziecka nie ma. Zaczęły się nerwowe poszukiwania. Może kto porwał, jak tak ładnie ubrane było? Czarne myśli rozwiał hurgot w wielkiej, biurowej szafie. Mama otworzyła drzwi i znalazła tam mnie najwyraźniej marzącą o przejściu do świata Narnii. Zanim jednak przeszłam na drugą stronę szafy, postanowiłam pobawić się jej zawartością. Na przykład tuszem do stempli. Czarne były rączki, czarna była buzia. I co najgorsze, czarne było zachodnie ubranko. To chyba bardziej zdołowało mamę niż fakt, że przez kilka najbliższych dni będzie miała murzyńskie dziecko. Tego dnia, by pasować do lanserskiej córeczki, sama ubrała się w lanserski biały kostium. Były lata 80., więc na pewno miał poduchy w ramionach i obcisłą miniówę u dołu. Mamusi zrodziła się w głowie wizja niesienia czarnej mnie przez pół miasta i serce jej struchlało. Na szczęście znalazł się jakiś bohaterski kolega, który zaoferował własnoręczne przetransportowanie brudasa.
To była moja pierwsza przygoda z tuszem do stempli. Przypomniała mi się, gdy skończyłam wczoraj dziubać pracę liftonoszkową. Sama sobie jestem winna tych brudnych paluchów, bo to ja podawałam inspirację. Wybrałam jedno z fajniejszych dzieł mojej skrapowej idolki, Bei Mahan. Naszym wzorem była ta dolna, mocno ostemplowana praca. A moje palce są dzięki temu wyzwaniu totalnie różowe. A żeby jeszcze bardziej się ośmieszyć, powiem w tajemnicy, że gdy początkowo przygotowałam sobie napis na dół pracy, brzmiał 'mummy'. Dobrze, że w porę się zorientowałam...



Nocne igraszki grudniowe

Ja nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się skończyć grudniownik. Obawiam się, że niektóre tematy są po prostu nie dla mnie. Zasiadłam dziś nad kolejnym hurtem, ale na niektóre strony po prostu brak mi pomysłu. Wywlekam zatem to, czego udało mi się dokonać do 2 w nocy. Taa, znowu się lekko zapomniałam.

14. grudnia - Kogo chciałabym przeprosić? Zapewne wiele osób mam za co. Pewnie nawet każdego, kogo znam. Ale chyba najgorsza jestem w stosunku do mojej warszawskiej babci i to jej należą się największe przeprosiny. Babcia jest osobą o trudnym charakterze, przyzna to każdy, kto przebywa z nią przez kilka chwil. Zawsze taka była, ale z biegiem lat jest coraz trudniej. To jednak nie usprawiedliwia moich chamskich odzywek i kłębowiska nieprzyjaznych myśli. Choć chyba nie potrafię być dla niej lepsza, wiem, że powinnam przeprosić.


19. grudnia Życzenia dla bliskich. Zawsze podśmiewałam się z tradycyjnego ciągu zdrowiaszczęściapomyślności, ale z drugiej strony to co jest potrzebne bardziej? W ostatnim czasie nauczyłam się, że naprawdę zdrowie to jedyna rzeczy, której trzeba życzyć wszystkim. Inne rzeczy da się załatwić na własną rękę. Zaczynam mieć przemyślenia jak stare ciotki, które dyskutują o bólach w krzyżu i wrzodach na żołądku.


24. grudnia -  wpis świąteczny powinien być chyba bardziej lotny, ale nie jest. Ot, taki psikus. Kilka fotek i bardzo nietypowe kombinacje kolorystyczne. No cuda, wianki.

 25. grudnia - Świąteczny spacer. Nie ma u nas tradycji jakiegoś specjalnego spacerowania, ale przechadzka była zazwyczaj jakby wymuszona. Na Boże Narodzenie wyruszamy do siostry mojej mamy, co stanowi niezły szmat drogi. Zazwyczaj wszyscy chcą iść pieszo, więc nie mam nic do powiedzenia i ślizgam się upierdliwie przez kolejną godzinę. W tym roku dziadkom zdrowie specjalnie nie pozwala na spacery, a deszczowa pogoda mogłaby popsuć fryzury i pokiereszować futra. Dlatego na szczęście wygrała opcja: samochód.

27. grudnia - Zabawy na śniegu. W tym roku byłoby trudno. Jedyny śnieg, jaki zdarzyło mi się widzieć, poza tym puszkiem, który spadł przed chwilą i już niemal stopniał, leżał na polach podczas naszej kilkugodzinnej jazdy do rodziny. Został więc uwieczniony, napatrzyłam się i absolutnie za ośnieżoną Warszawą nie tęsknię. Choć mogłoby tak w parkach popadać, żeby dzieciaki mogły w ferie na sankach pozjeżdżać. Zamiast tego będzie picie piwa na klatkach i granie w napieprzanki on-line. Ho, ho, ho!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...