13 grudnia 2011

Tudu reaktywacja

No cóż, moja lista zadań do wykonania jakoś nie chce topnieć, bo nie mam kiedy się za to wszystko wziąć. Jutro mam jeszcze koszmarny artykuł do oddania, ale potem być może będzie trochę czasu na przedświąteczne ogarnianie. Właśnie miałam się wziąć za pierniczki, ale okazało się, że miodu w domu za mało. No nic z tej listy nie chce zniknąć.
Ale żeby lista nie poczuła się smutna i zakurzona, mogę oficjalnie dopisać do niej nowe zadanie. Choć wiem, że przestałam nadążać za grudniem, to się podjęłam. Bo miło mi bardzo, że uznano mnie za odpowiednią osobę.

Napisała do mnie Daga zwana Kaczką i poprosiła o udział w przefajnej akcji. Prosta sprawa - robimy najładniejsze kartki, jakie umiemy i przesyłamy do wybranych podopiecznych Domu Pomocy Społecznej w Niegowie. Więcej informacji tu. Szczegółowe informacje o każdym z podopiecznych ułatwią z pewnością spersonalizowanie kartek i dorzucenie jakiegoś świątecznego drobiazgu. Zbieram właśnie myśli, szukam bratniej duszy i zaczynam kombinować nad kartkami. Mam nadzieję, że też się przyłączycie. No i koniecznie szybko rozprzestrzeńcie tę informację. Wiadomo, że poczta nie lubi się spieszyć z doręczaniem kartek, więc my się pospieszmy z ich robieniem :)
Dzięki wielkie Kaczuszko za zaproszenie.

Pakowanie jak z żurnala

Grudniowe dziewczyny nieźle mnie wyczuły, bo akurat dziś miałam wspomnieć o koncepcji pakowania tegorocznych prezentów. No i okazało się to tematem na 12 grudnia.
Zazwyczaj pakowanie odbywa się na ostatnią chwilę, już u babci. Wykorzystujemy papiery i wstążki, które babcia wyciąga na tę okazję z piwnicy. Raczej bez rewelacji - papiery w Mikołaje, złoto, choinki. Mocno nie mój styl. W tym roku napatrzyłam się na cudowne opakowania prezentowane na Pintereście i bardzo zapragnęłam postawić na jeden koncept. Szczególnie urzekły mnie dwie podpatrzone rzeczy, czyli pomponiki i połączenie szarego papieru z kolorowymi włóczkami. Połączyłam więc oba motywy i stworzyłam opakowanie wzorcowe. Na jego bazie powstaną kolejne.




W grudniowniku postanowiłam po prostu wykorzystać elementy tej koncepcji.


A teraz pytanie czy starczy mi zapału, żeby zrobić miliard pomponików i wyciąć sryliard jeleni.

11 grudnia 2011

Tudu

Ojejku, jejku. Do Świąt zostało już tak niewiele czasu, do Sylwestra tylko kapkę więcej. A ja w lesie. Właściwie pod żadnym względem nie jestem gotowa. Mam prezenty dla mało bliskiej rodziny, a nie mam dla najbliższych mi osób. W domu bałagan i ani śladu świątecznego wystroju. Sama wymyśliłam na Sylwestra bal przebierańców, a teraz nerw mnie zżera, że nie mam nawet wstępnej koncepcji stroju. To nieogarnięcie to chyba przez pogodę za oknem. Najwyraźniej wciąż mi się wydaje, że jest listopad.
Żurnalowy temat na 10 grudnia był mi bardzo na rękę, bo miałam okazję spisać wszelkie swoje niedoróby. Teraz należałoby się poważnie za nie zabrać.



9 grudnia 2011

A jak to dziecko ma na imię? Tradycja

Po wczorajszym dołku twórczym dostałam od Was tyle pozytywnych słów, że chce mi się. Dziękuję wszystkim babulinom, cmoku cmoku.
Postanowiłam iść za Waszymi radami i nieco olać kolejność. Dlatego od razu przechodzę do 7 grudnia.
Tematem była tradycja i wszystko co jej dotyczy. Dla mnie centrum wszelkich świątecznych tradycji jest Babcia Marysia. To u niej co roku jest Wigilia. To ona urabia ręce po pachy, by przygotować tyle jedzenia, że potem zawsze ma do nas pretensje o to, czego nie zjedliśmy. To ona zagania mnie do choinki i ona wie jaką frajdę sprawia mi napychanie wiśniami jej pączkowego ciasta. Gdyby nie Babcia Marysia, pewnie jedlibyśmy w Wigilię schabowe, oglądając telewizję. Dlatego tradycja = Babcia Marysia. Jak dobrze, że ostatnio wywołałam sporo starych fotek z rodzinnego archiwum.


Nie idzie mi

Ja wiedziałam, że tak będzie. No nie lubię tego całego grudnia i w związku z tym mam problemy z grudniownikiem. Już już mam się wziąć, uzupełnić brakujące dni, być na bieżąco, ale zaczynam się zastanawiać i dupa. Nie mam pomysłów i wychodzi słabo. Zasiadłam dziś i ogarnęłam trzy mocno zaległe dni. Szału nie ma, ale widzę, że niektóre tematy jakoś bardziej mi podchodzą niż inne. I to od razu wyłazi. W ogóle wstaje teraz ledwo żywa o 10, o 15 jestem już nieprzytomna, więc często zasypiam. Ja już chcę wiosnę. Albo chociaż mroźną, słoneczną zimę z normalnym ciśnieniem.
A tu moja grudniowa kaszanka.

3 grudnia - list do Mikołaja
Nie mam na ten temat żadnych szczególnych wspomnień, zawsze mam też problem, gdy ktoś mnie pyta, co chciałabym dostać. Kompletnie nic nie chciało mnie natchnąć. Więc jest amerykańska, plastikowa piosenka i beznadziejne zdjęcie w egipskich ciemnościach.


4 grudnia - lista prezentów
Nie mogłam tu zamieścić realnej listy tego, co zamierzam podarować, bo nie za bardzo mam jeszcze pomysł na wszystko. A poza tym nie chciałabym, by ktoś nie miał niespodzianki. Zamiast tego jest więc moja coroczna strategia prezentowa. Widziałam, że wiele dziewczyn planuje w tym roku prezenty ręcznie robione. Wiem niestety, że u mojej rodziny by to nie przeszło. Ma być ze sklepu, najlepiej skarpetki albo zestaw żeli pod prysznic. Moja strategia zakłada więc tzw. smart shopping. Staram się znaleźć maksymalnie fajną rzecz za minimum ceny. Uwielbiam polowania na okazje, więc poszukiwanie prezentów pozwala mi się spełnić. W zakupach udział weźmie więc Groupon, kilka rzeczy upolowałam za dobrą kasę w Londynie, kolejnych okazji szukam. Może to materialistyczne podejście, ale wolę wyszukać czegoś, co zwala z nóg niż za te same pieniądze kupić sztandarowy zestaw Dove.


5 grudnia - let it snow
Jakoś bardzo za śniegiem nie tęsknię. Niby ładniej wtedy wszystko wygląda, ale w Warszawie śnieg po tygodniu jest czarny i poprzetykany żółto-brązowymi wstawkami. Poza tym na chodnikach zbija się w lód, łatwo fiknąć tyłkiem o ziemię, a buty są całe w soli. Ale przyznam, że czekam trochę na mróz. Żeby wybiło wszystkie paskudne choroby, żeby przestało być tak ciemno i żeby ciśnienie wróciło do stanów względnie normalnych. A na mróz już się przygotowałam. Jako totalny zmarzluch nabyłam już w tym roku śniegowce, kurtkę o fasonie śpiwora, futrzaną czapkę wyściełaną polarem oraz w przydomowym lumpeksie wydobyłam futro na wagę za 65 zł. Już żadne mrozy nie są mi straszne. No i znalazło się zastosowanie dla sweterka od Madzi.

3 grudnia 2011

Piernik z niespodzianką

Idę na całość. Od razu uzupełniam kolejny dzień i będę na bieżąco. W oczekiwaniu na kolejne wyzwanie.
Żurnalowe zadanie na drugi dzień grudnia zmroziło mi krew w żyłach. Bo wyzwanie jest o pierniczkach. Ze względu na dotychczasowy brak kuchni, nie planowałam ich teraz piec. Znalazłam więc inną koncepcję. Miałam otworzyć puszkę, w której rok temu zamknęłam świąteczne pierniczki. W pokoju miał rozejść się piękny, korzenny aromat. Ciasteczka miały zostać sfotografowane, zdjęcie wydrukowane i umieszczone w żurnalu. No romantiś. Ale rzeczywistość skrzeczy.
Owszem, podeszłam do szuflady i wyjęłam czerwoną puszkę z Mikołajem. Uśmiechnęłam się niczym Martha Stewart. Z rozczuleniem i atencją zaczęłam unosić wieczko. Wtedy rozległ się pisk, wieczko natychmiast wcisnęłam z powrotem, cisnęłam puszką o ziemię i leży teraz tam, gdzie upadła. Ja uciekłam w drugi koniec pokoju i się nie zbliżam. W puszce owszem, były chyba pierniczki. Problem w tym, że ten obezwładniający, korzenny zapach zwabił do kuchni mole spożywcze. Często się z tym syfem borykam niestety, ale w życiu bym nie pomyślała, że przyatakowały MOJE pierniczki. Kto miał z tym gównem do czynienia, ten wie, czemu puszka leży na ziemi i czeka, aż Luby się nią zajmie. Te urocze żyjątka mają takie białe larwy, które fantastycznie się wiją. Samo to powoduje u mnie atak serca. A kiedy te glizdy przeobrażają się w piękne motyle, tfu, szare mole, zapieprzają wszystko kokoniastymi pajęczynami. Naprawdę trudno było dostrzec, czy w puszcze są pierniczki. Słabo mi na samo wspomnienie. Niech ktoś mnie uratujeeeee!
No ale nie o tym być miało. Postanowiłam jednak nie wrzucać foty zawartości puszki do żurnala, bo kobieta zmienną jest. Zamiast tego są pierniczki namalowane z wykorzystaniem foremki jako szablonu. I przepis, z którego chyba kiedyś korzystałam. A jeśli nie, to może skorzystam? Niebawem trzeba będzie wypełnić puszkę.


Grudzień czas zacząć

O rany, rany, energia mnie roznosi. Tak, tak, jest trzecia w nocy. Ale remont hydrauliczny wreszcie się zakończył, kuchnia znowu jest w kuchni. Pozostaje już tylko pomycie zakurzonych rzeczy, pochowanie do szafek i kilkukrotne mycie podłóg, by pozbyć się pyłu. Ale kij z tym, mogę sprzątać. Mieszkanie mi nagle urosło coś jakby o 100 metrów. Bo jeszcze późnym popołudniem nie dało się tu w ogóle chodzić, a teraz taki luz. No cudowna sprawa. Poza tym ostatnie dwa dni przeleżałam ledwo żywa z jakimś dziwnym wirusem, który oprócz bólu gardła złamał mi plecy, położył kamień na głowie i nie pozwalał wstać nawet na chwilę. Dziś zostały z tego już tylko problemy z gardłem, więc odreagowuję to zrośnięcie z kanapą.
Co więc zaczęłam robić w środku nocy? Zapełniać grudniownik. Pyszny pomysł. Przygrywa mi telewizyjna wróżka Magdalena, bo to najbardziej frapująca propozycja o tej porze.
Oto jest inauguracja.
Tematem wczorajszym było: Let's try to make world a better place. Dziewczyny pytały, w jaki sposób czynimy dobro. Cóż, nie mam na tym polu wielkich osiągnięć. Ciągle chciałabym coś robić, ale nie mam dość siły na realizację tych wielkich idei. Zaczęłam więc szukać w mniej spektakularnych dziedzinach. Najpierw przyszło mi do głowy recyklingowe skrapowanie. Ale w głowie odezwał się głos: "Recykling? Weź się ogarnij i nie rób scen. Produkujesz tony śmieci, więc użycie starej metki to jeszcze nie jest dobry uczynek". Potem chciałam zacytować jedną z moich ulubionych piosenek mojego ulubionego Majkela J. "Man in the mirror". I wszystko było pięknie, ale zobaczyłam, że Agi miała u siebie bardzo podobny przekaz. I nie chciałam wyjść na pirata skrapowego. Skończyło się na temacie mało uniwersalnym, bardzo prywatnym, rodzinnym.

Na zdjęciu jest dziadzio trzymający mojego tatę na barana. Czemu tak? Bo dziadek to chyba najpozytywniejsza postać mojej rodziny. Przeszedł w życiu tyle, a wciąż tryska poczuciem humoru. Teraz ma często problemy ze zdrowiem, bywa, że ciężko oddychać, nie zawsze da się dojść do sklepu. A ja czuję się za niego odpowiedzialna. I to nie tylko za to, żeby zrobić zakupy, gdy potrzeba i towarzyszyć w wizycie u lekarza, ale przede wszystkim za to, by zawsze miał jakiś powód do uśmiechu. Trudno to porównać z wolontariatem, dobrymi uczynkami, heroicznymi wyczynami, ale myślę, że w kontaktach z dziadkiem jestem lepszą sobą.

A tu jeszcze uzupełniona strona wstępna. Nic specjalnego, bo cała zawalona tekstem. Ale dość znacząca dla całego grudniownika.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...