28 listopada 2011

Grudniowe żurnalistki

Ale się cieszę, że wreszcie mogę się pochwalić. Wspaniała Miraq zaprosiła mnie do zespołu projektowego wielkiej żurnalowej akcji, która będzie skraperkom towarzyszyła przez cały grudzień. Na blogu Journal Your December już od czwartku codziennie zaczną pojawiać się nowe tematy związane z grudniowymi obyczajami. Zachęcam wszystkich do stworzenia własnych grudniowników i uzupełniania ich na bieżąco. Ja już nie mogę się doczekać, mimo że nadal mam kuchnię w pokoju. Mam nadzieję, że wkrótce będę mogła pooglądać Wasze żurnale. A komu się projekt podoba, może oczywiście poinformować o nim u siebie. Taki mamy ładny obrazek:


24 listopada 2011

"Nie dajmy się zwariować"...

... rzekła sąsiadka z pierwszego piętra, do której też doszła odrobina zalania. Pani, w przeciwieństwie do patologii z piętra drugiego, nie darła się. Bardziej zmartwiła się tym, ze musiałam zdemolować mieszkanie niż plamą na suficie. No i pani miała rację z tym zwariowaniem. Bo dzisiejszy dzień przesiedziałam z trzęsącymi się dłońmi, kołaczącym sercem i bólem brzucha. Po co?
Uznałam więc, że chrzanię to, mam wkurwa, więc muszę się go pozbyć. Zabrałam się za grudniownik nie zważając na to, że zamiast stolika kawowego mam piekarnik (może zapoczątkuję nowy trend?). Dostęp do materiałów mam bardzo ograniczony, więc zrobiłam tylko kilka stron. Ale mam nadzieję zdążyć z żurnalem do końca listopada. Największą zagwozdką była baza pod grudniowy pamiętnik. Widziałam, że dziewczyny używają kopert, papierowych torebek i innych fantastycznych rzeczy. No i w końcu olśnienie. W tym roku towarzyszył mi zamówiony w necie kalendarz biurkowy z serii tych oryginalnych i zdecydowanie zbyt drogich. Aż żal byłoby wywalać coś, za co zapłaciło się nieodpowiednio dużo. On więc powoli zamienia się w mój grudniownik. Oto pierwsze efekty:

Jak widać faza na spiralki trwa...

Tu pojawi się na pewno jakaś złota myśl przewodnia

Nowa faza to akwarelki









A tak kalendarz wyglądał, gdy był jeszcze kalendarzem:


A grudniownik powstał z myślą o pewnym tajemniczym projekcie. Przy okazji zamierzam zaprezentować go w kalendarzowym wyzwaniu Art Piaskownicy i wśród innych grudniowników na blogu ILS.

23 listopada 2011

Usprawiedliwienie

Oj jakie ja plany miałam. Już zasiadałam nad londyńskim moleskinem, już szukałam bazy pod grudniownik, miałam działać ino szum. Zamiast tego po powrocie z kilkudniowego wyjazdu zastałam wkurwionych sąsiadów, którym moja rura zalała kuchnię. Z sąsiadami przejścia mam nieustanne, to osiemdziesięcioletnia para mieszkająca na kupie z dorosłym synem, synową i nastoletnim wnukiem. W domu bezrobocie, patologia, alkohol, nienawiść i bluzgi od rana. Niestety trafiło mi się, że mieszkają pode mną. I że faktycznie ich zalało. A u mnie w kuchni zespolona ze sobą zabudowa wysokości całego pomieszczenia. Znaleźć awarię nie jest więc łatwo. Szczególnie, gdy hydraulicy z administracji to prawdziwi dżentelmeni, którzy stwierdzili, że oni nie są od dźwigania mojej lodówki. Po całym dniu zapieprzu ze znajomym udało się odsłonić ścianę, wykuć w niej dziurę i znaleźć awarię. Panowie hydraulicy wrócili tylko po to, żeby powiedzieć, że oni tak od ręki to czasu nie mają i będą dawać znać. A cały pion nie może zrobić prania ani pozmywać naczyń. Zostałam więc z pokojem w całości zawalonym zawartością szafek i samymi szafkami oraz sprzętami maści wszelakiej. W sumie ma to swoje plusy. Żeby wziąć coś z lodówki wystarczy, że lekko wychylę się z kanapy. Nie psuję też sobie oczy telewizorem, bo zasłania go szafka. Nie muszę zmywać, bo mam odłączony zlew. O praniu też nie ma mowy, a na gotowanie nie ma chwilowo miejsca. Jestem absolutnie udupiona i choć chciałabym sobie kreatywnie podziałać, to siedzę z bolącym żołądkiem. Witamy w świecie dorosłych.
Zamiast tych narzekań powinnam pisać, jak fajnie było w Londynie, jakie fajne ciuchy przywiozłam, jak gospodarze mnie rozpieszczali i jak ceny wzrosły. A tu utyskiwania i stęki. Może więc przynajmniej wrzucę kilka fotek.





























16 listopada 2011

Banan

Banan nie schodzi z mych ust, bo spotykają mnie ostatnio takie miłe rzeczy. A jeszcze słońce wyszło.
Najdroższa Kasia spełniła ostatnio moje wielkie dizajnerskie marzenie. Obdarowała mnie prawdziwym konikiem Dala. Udało się jej upolować trzy sztuki na Allegro, w totalnie obłędnej cenie. I zamiast zachować wszystkie dla siebie albo zrobić świetny biznes na sprzedaży konika, podarowała go mojemu domostwu. Rozpiera mnie radość, gdy na niego patrzę.


Jakby Dalamanii było mało, dostałam jeszcze resztki tkaniny, która została wykorzystana do produkcji zasłon u dzieciaków Kasi. Teraz zastanawiam się namiętnie, jak tego materiału nie zmarnować.


Czuję jakby już było Boże Narodzenie. Ten stan dopełniła kochana Madzia, która przesłała mi kopertę pełną słodkości. Oprócz herbatek, kawek i czekoladowych pyszności, znalazłam tam także takie urocze sweterki:

Trzeba dla nich wymyślić jakiegoś fajnego skrapa.
A żeby przyjacielskim peanom stało się za dość, to w piątek wybywam do Gatti i Jarka na mocno przedłużony weekend. Czuję, że będzie się działo...

Apdejt: do świątecznego nastroju przyłożyła się dziś jeszcze Nulka, przesyłając nagrodę za mapkowe wyzwanie ILS. Oj jest tegooooo...
 

9 listopada 2011

Better late than later

Cóż, rok się prawie kończy, a ja wciąż o... wakacjach. Wczoraj przypomniało mi się, że nie dopełniłam ważnego powyjazdowego "obowiązku". Skoro już przetraciłam fortunę na Moleskiny, dobrze by było ich używać. Szkoda, że nie zabrałam się za to wcześniej, bo wspomnienia są już mniej żywe, ale obiecuję poprawę przy kolejnych wypadach.
Grecki wpis ma charakter w dużej mierze praktyczny. Żebyśmy w przyszłości pamiętali, gdzie i po co warto jechać, gdzie kupić bułki i co zjeść w najukochańszej restauracji. Nie jest więc może szczytem artyzmu, ale będzie dla nas cenny za jakiś czas. Tym samym uznaję Moleskine Travel za rozdziewiczony.




6 listopada 2011

Nocne szaleństwa podróżnika

Wczoraj wieczorem wzięła mnie straszna ochota na wyklejanki. Tylko jakoś nie za bardzo wiedziałam, co chciałabym zrobić. Z doświadczenia wiem, że to się zawsze słabo kończy. I nagle olśnienie. Owszem, robię od jakiegoś czasu LO upamiętniające wszystkie wyjazdy, ale trzymam je w naprawdę nijakim albumie. A jak jest cel, to już połowa sukcesu.
Dość romantyczna i bura okładka przemieniła się w śmietnik. Dobrze, że starczyło okleiny, żeby tę wielką powierzchnię pokryć. W użyciu oczywiście elementy zgromadzone podczas wycieczek, do tego wizytówka jakiejś Chinki poznanej na targach chińskiego badziewia oraz fantastyczny katalog reklamowy Muji przygotowany w formie paszportu.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...