Wróciliśmy wczoraj późnym wieczorem i po 12 godzinach w aucie padliśmy w pierzynę. Dziś od rana olewam, że powinnam popracować. Zamiast tego obrabiam zdjęcia. Roboty sporo, bo pogoda się nam nie trafiła. Lało, wiało, lało, mżyło. Ja jeszcze nigdy nie widziałam Pragi w słońcu. Ale byliśmy mokrzy i uśmiechnięci. Kaloszy zazdrościło mi 90% turystek, które przyjechały w japonkach. Chyba nasyciliśmy się Pragą, bo w niedzielę nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić. Gyby był upał, to czekały wieże widokowe, parki, ogrody. Ale napieprzała ulewa. I chyba dzięki temu mieliśmy bardzo ciekawy dzień. Zaglądaliśmy w różne bramy, zakamarki, zawlekliśmy się przypadkiem na dworzec kolejowy, przetestowałam grzane wino. Wyjazd był cudowny mimo tej cholernej aury. Część zdjęć udało się odratować dzięki czerni i bieli.
Nieoceniony okazał się też Hipstamatic w Ajfonie Lubego.
Na resztę zdjęć przyjdzie pora, gdy się wywołają i spoczną w opisanym ostatnio Moleskinie. Nie zapomniałam o nim. Oczywiście nie było czasu, by działać na bieżąco, ale przygotowałam trochę gruntu pod fotki. Tu mały dowód, że ciężko pracowałam: